szóstki czy zdrowie…


 photo profil.jpg

szóstki czy zdrowie…

Dzisiaj będzie o tym obrazku:

zdrowie psychiczne

 

Pomyślałam, że skoro ten przekaz okazał się ważny dla tak wielu osób, to może napiszę o tym, dlaczego jest taki ważny dla mnie.

***

Zaczęło się od tego, że zobaczyłam podobny obrazek po angielsku. Jeden raz, drugi. Udostępniłam go u siebie. Okazało się to dla wielu osób ważne.

Pomyślałam, że skoro tak, to może zróbmy to i w naszym języku i w naszym kraju.

Miałam nadzieję, na żywy odbiór, choć nie wyobrażałam sobie, że aż taki (o ile się orientuję, o co w tym chodzi, facebook mówi mi, że obrazek obejrzało ponad 600 tysięcy osób).

Oczywiście to nie jest powód podstawowy. Udostępniłam, a potem udostępniłam jeszcze raz po polsku coś, co mocno mnie dotyka i to zarówno osobiście jak i zawodowo.

***

Osobiście – bo uważam, że zdrowa konstrukcja psychiczna, umiejętność radzenia sobie z samym sobą, kontakt ze swoimi potrzebami i emocjami przyda się w dorosłym życiu mojemu dziecku (i innym dzieciom).

Przyda mu się dużo bardziej niż dobre lub najlepsze oceny.

Z moich obserwacji wynika, że ludzie, którzy jako dorośli mają najtrudniej, to nie są ci, którzy słabo się uczyli w szkole. To raczej ci, którzy nie ogarniają. Swoich emocji. Swoich potrzeb. Relacji z innymi ludźmi.

Którzy nie potrafią zadbać o siebie. Ochronić się przed naruszeniem swoich granic. Nie wiedzą o co im chodzi. Nie mają podstawowego poczucia bezpieczeństwa.

Także ci, którzy nie potrafią się uczyć i rozwijać. Ale raczej nie w sensie szkolnym, tylko w dużo szerszym znaczeniu.

Mam także dużo większą wiarę w kolejność – dziecko, które radzi sobie ze sobą uczy się coraz lepiej niż w kolejność odwrotną – dziecko, które ma super oceny, dzięki temu coraz lepiej radzi sobie ze sobą i z życiem.

Nie mówiąc już o tym, że „uczy się, umie dużo” i „ma dobre oceny” to naprawdę nie zawsze jest to samo.

***

A teraz o aspekcie zawodowym.

Przychodzi do mnie coraz więcej rodziców i coraz więcej dzieci, z sytuacjami, gdzie naprawdę pytanie, co jest ważniejsze – szkolne wymagania czy zdrowie psychiczne nabiera głębszego znaczenia.

To są dzieci (dzieci, nie młodzież, bo wiele z nich ma po 6, 7, albo 8 lat), dla których spełnianie oczekiwań szkoły i nacisk na dobre lub jeszcze lepsze oceny kończy się dramatycznie. Zaburzeniami lękowymi, natręctwami, zaburzeniami psychosomatycznymi, początkami depresji.

To naprawdę są dzieci, które można ochronić przed poważnymi trudnościami, szpitalem i leczeniem psychiatrycznym. Czasem zaczynając od tego, żeby powiedzieć dziecku: nie obchodzi mnie jak się uczysz, bo jesteś moim dzieckiem. Nie obchodzi mnie, nie dlatego, że nie jesteś dla mnie ważny, dlatego, że olewam twój rozwój itp. ale dlatego, że są rzeczy ważniejsze niż to, jak wyrabiasz się w czyichś oczekiwaniach i w podstawie programowej.

Zwłaszcza, że przeważnie ta „walka” o oceny nie dotyczy zdania do następnej klasy, tylko różnicy między szóstką a tróją.

I tak. Powiedzmy sobie prosto z mostu. Lepiej mieć tróje od góry do dołu niż mieć depresję i myśli samobójcze. Lepiej mieć tróje niż przymus mycia rąk co piętnaście minut lub ciągłe poczucie, że zaraz się zemdleje lub zwymiotuje.

Często, żeby pomóc dziecku nie wystarczy olać jego stopnie. Ale często od tego trzeba zacząć.

***

Zobaczcie, że ja nie mówię o tym, żeby w życiu dziecka były same rozrywki i przyjemności. Żeby nie było żadnego stresu. Nie mówię o tym, żeby dziecko robiło, co chce. Albo, że można nic nie umieć i jakoś sobie żyć.

Mówię tylko, że są sprawy ważne i ważniejsze.

A przy okazji, że dziecko, które ma trudności w nauce potrzebuje pomocy i wsparcia a nie więcej presji i wymagań. Potrzebuje, żeby dorośli rozumieli skąd się biorą jego trudności i wytrwale sięgali głębiej niż popularne – niestety – nadal: zdolny ale leniwy.

PS: Celowo na obrazku jest napisane oceny a nie stopnie, bo uważam, że zamiana cyfr na kolorowe kropki, albo słoneczka i „postaraj się więcej” naprawdę nic nie zmienia. Nadal dla kogoś ważniejsze jest to jak dziecko „wypada” niż to kim jest i co się z nim dzieje. Nadal dziecko jest „nauczanym obiektem” a nie człowiekiem, który poznaje świat i rozwija się.

 

 

31 komentarzy

  1. Aśka - 20 lutego 2017 21:42

    Zatem jak dojrzeć zainteresowanie, coś co można rozwijać? Jesteśmy po zmianie szkoły, nowa cieplejsza, mądrzejsza, ale nie tak do końca 🙂 Opisy końcowe dołujące, staramy się pomagać, ale są jeszcze młodsze bliźniaki, czwarta klasa za rok. Już się boję. Młody mówi o sobie, że tego nie potrafi, tamtego nie potrafi. A swoim tempem idzie do przodu. Czyta, pisze choć bazgrze, liczy, choć tabliczka mnożenia to koszmar. A my zmęczeni.

    Odpowiedz
    • AStein - 22 lutego 2017 09:32

      Coś, co można rozwijać raczej widać. Poza tym, to dziecko ma rozwijać a nie rodzice. 😉

      Bardziej bym się zastanowiła co robić, żeby dziecko czuło się bezpiecznie i żeby wierzyło w siebie. Żeby zobaczyło, że nauka to może być przyjemność.

      Odpowiedz
  2. Monika - 10 grudnia 2016 18:37

    Przez całą szkołę podstawową i średnią średnia moich ocen była 4.2 z przewagą trój. Skończyłam studia, zrobiłam studia doktorskie, radzę sobie w życiu, sama z dwójką dzieci za granicą, osiągam coraz więcej, za to w głowie ciągle mi gada ‚jesteś średnia, przeciętna, nic nie osiągniesz, wszędzie dla ciebie za wysokie progi, jesteś trójkowa, niepracowita, za mało … za mało … .’ To jest moje dziedzictwo polskiej szkoły które noszę w sobie dzień po dniu. Problem nie jest w ocenach. Problem jest w pieprzonym wartościowaniu człowieka wg nich. Polska szkoła jest pod tym względem chora.

    Odpowiedz
  3. Pingback: „Piotrek, ty znowu wstajesz z ławki zamiast siedzieć i pisać” | ZA KULISAMI

  4. Pingback: Rozwój. Link party #15 – Dzieci i Pieniądze

  5. Ola - 25 kwietnia 2016 10:07

    Co z tego, skoro dla nas oceny nie są najwazniejsze, skoro dziecko w szkole jest codziennie i codziennie w tej szkole jest poddawane ocenie, a co więcej, wartościowane według tych ocen? Co z naszego gadania i wspierania, jeśli nauczyciele bez przerwy porównują dzieciaki według ich ocen, wychwalają szóstkowiczów, a jeśli zdolne dziecko dostanie 4, od razu staje „się opuściło”?

    Odpowiedz
    • AStein - 25 kwietnia 2016 12:28

      Różni rodzice znajdują różne rozwiązania na takie sytuacje.

      Odpowiedz
  6. Pingback: Oceny w szkole - czy Twoje dziecko ma etykietę?-MatkawKratke.pl

  7. Aleksandra - 11 marca 2016 15:50

    Szóstki, szóstki…. Nawet nie w tym problem. My np. w domu mówimy, że oceny nie są ważne (DLA NAS). Cóż z tego jak stres związany ze szkołą jest. Dziecko od urodzenia z tych HNB. W szkole 3 klasy bez większych stresów. Ale 4 klasa to od grudnia (w grudniu córka miała operację i sporo materiału do nadgonienia) ciągły ból brzucha. I wcale nawet nie chodzi o oceny tylko- ilość rzeczy do zapamiętania (przedmiotów/prac domowych/ kiedy należy zabrać pracę z jakiego przedmiotu/ na kiedy nauczyć się na kartkówkę/ kiedy jest święto i trzeba ubrać się w strój galowy bo za brak są minusy/ na kiedy przynieść bilety). I nawet nie chodzi o strach przed ocenami tylko o strach przed tym, że się czegoś nie przyniesie, tylko strach przed karą/ krzykiem/ publiczną krytyką. Ostatnio przed snem miała przemyślenia: wiesz mamo, jak danego dnia niczego nie zapomnę (a zdarza się, że uprawia samobiczowanie werbalne, bo danego dnia zapomniała kilku rzeczy) to jest b dobrze, jak na mnie nauczyciel nie nakrzyczy to jest super, a jak nie przydarzy mi sie niemiłe wydarzenie i jeszcze obiad w szkole jest dobry to zaczynam się bać, ze wyczerpałam całe szczęście w danym tygodniu i już kolejne dni będą pechowe. 4 klasa, jeżeli wychowawca funkcjonuje tylko fikcyjnie jest baaardzo ciężka dla dzieci.

    Odpowiedz
  8. Monika - 7 marca 2016 20:24

    Choć mam dziecko dopiero w pierwszej klasie to niepokoi mnie jak bardzo juz teraz dzieci na każdym kroku podlegają ocenie. Nie tylko stopnie. Ale kolorowe kropki za zachowanie, uwagi, tablice mistrzów. Uwagi za niewysmarkanie się do chusteczki. Tablice mistrzów w rożnych dziedzinach od czytania przez porządek na ławce, aż po bycie życzliwym. Do czego to prowadzi? Wielu rodziców nie widzi w tym problemu, a kiedy zgłaszam swoje watpliwości, że wpychamy dzieci na sile w wyścig szczurów,a taki system doprowadzi do demotywacji, to słyszę ze stosuję bezstresowe wychowanie. Bardzo to przykre.

    Odpowiedz
  9. Małgosia - 18 lutego 2016 23:33

    Mnie również bardzo porusza ta fotografia z podpisem. Dziękuję za tekst, który znowu przypomniał mi o czymś ważnym. Odkąd mam syna (15 miesięcy) przechodzę okres przyśpieszonego samorozwoju i weryfikacja postawy oceniającej jest jego częścią. Sama zawsze byłam wzorową uczennicą, studentką. Dostałam w życiu mnóstwo piątek i wiele szóstek. Dopiero dzisiaj widzę jakim zawsze były dla mnie ciężarem, jak konieczność utrzymywania celującego poziomu oddalała mnie od naprawdę ważnych dla mnie spraw. Dopiero dzisiaj także uczę się dbać o te naprawdę ważne sprawy i mam nadzieję, że mój syn będzie miał głębokie przekonanie, że oceny nie są ważne, nawet te najlepsze. Dodam jeszcze, że na poziomie deklaracji w moim domu rodzinnym przewijało się hasło o tym, że nie uczymy się dla stopni, a mimo to nie zakorzeniło się we mnie. Może dlatego, że często słyszałam jaka jestem zdolna i jak rodzice są ze mnie dumni…

    Odpowiedz
  10. Agnieszka - 13 lutego 2016 12:35

    A moje dzieci nie specjalnie przejmują się swoimi ocenami. Widzę, że nie mają żadnego parcia na lepsze, ani żadnego poczucia bycia gorszym, że nie mają samych piątek. Nie biorą też udziału generalnie w żadnych konkursach szkolnych, po tym jak doświadczyły w nich jawnej niesprawiedliwości i też nie czują się z tym źle. Córka, która jest w gimnazjum lubi biologię i postanowiła wziąć udział w konkursie biologicznym. Czy coś z nimi nie tak? Wg innych rodziców są zbyt mało ambitne. Nie chodzą też na żadne zajęcia dodatkowe. Próbowały różnych zajęć, ale do niczego jakoś nie zapałały większym entuzjazmem.

    Odpowiedz
  11. Ala - 9 lutego 2016 18:54

    A jak działa olewanie kwestii ocen? Jak wpływa na dziecko to, że rodzice nie wymagają jakiegokolwiek poziomu? bo to chyba nie gwarantuje, że dziecko samo z siebie wybierze „dobrą drogę”

    Odpowiedz
    • Joanna - 17 marca 2016 14:47

      Też bardzo chciałabym znać na to pytanie odpowiedz . Mój Syn którego natura nie obdarzyła talentem a do tego kompletnie nie interesuje się nauką szkolną pewnie powtarzałby każdą klasę 2 razy a potem … lepiej nawet o tym nie myśleć.

      Odpowiedz
      • AStein - 21 marca 2016 11:28

        Każde dziecko ma bardzo wiele rzeczy, w których może się rozwijać. Nie ma dzieci bez możliwości i potencjału. Choć nie każde dziecko znajdzie warunki do rozwoju w każdej szkole.

    • Agnieszka - 5 grudnia 2016 00:16

      Droga Alu,

      brak przywiązania do ocen nie oznacza braku wymagań. Przecież mądre wychowanie to miłość i zdrowe wymagania. Ich miernikiem nie musi być stopień opanowania materiału. W trakcie nauki w szkole, dziecko, poza wiedzą, zdobywa mnóstwo innych, ważnych i przeróżnie skompliowanych ze sobą kompetencji. Rzecz w tym, żeby przyjrzeć się skalom mierzenia postępów w edukacji dziecka (czy to tym szkolnym, czy naszym własnym – rodzicielskim) i przefiltrować swoje oczekiwania względem dziecka przez pryzmat jego możliwości, talentów, uzdolnień, czy ambicji.

      Odpowiedz
  12. Katarzyna - 9 lutego 2016 10:29

    Zgodzę się że nacisk na najlepsze oceny jest coraz większy i to ewidentnie odbija się na zdrowiu psychicznym dzieci. Prawda jest taka, że te oczekiwania zaczynają się już po urodzeniu a na poziomie szkoły podstawowej. Natomiast (jako psycholog) absolutnie nie mogę zgodzić się z textem, żeby mówić dziecku mniej lub bardziej wprost że olewam jego oceny. Nie wylewajmy dziecka z kąpielą! Jest jeszcze coś takiego jak ambicja, która w adekwatnej ilości jest motorem napędzającym do życia, odkryć, przyjemności, zadowolenia etc Wyścig szczurów i walka o oceny to jedno a zdrowa ambicja i chęć ‚sięgania wyżej’ to dwie rożne rzeczy. Ważne żeby jako rodzic oceniać adekwatnie! Raz mogę powiedzieć żeby olał tróję a innym razem że mógł się bardziej postarać. Naprawdę nie idźmy w skrajności!

    Odpowiedz
    • AStein - 9 lutego 2016 11:08

      Bardzo cenię sobie ambicję i wytrwałość w dążeniu do celu. Widzę tylko gdzie indziej jej źródło. Nie w oczekiwaniach zewnętrznych a w wewnętrznej motywacji, która u dzieci bardzo potrzebuje tego, żeby były najpierw bezwarunkowo akceptowane przez rodziców.

      Powiedzenie dziecku, że olewamy stopnie nie jest czymś co zrobiłabym pierwszego dnia szkoły, bo daję każdemu dziecku prawo, żeby samo zdecydowało na czym mu zależy. Ale czasem powiedzenie, że stopnie i oceny nie mają znaczenia ratuje zdrowie a nawet życie dzieciom, które znalazły się w sytuacji presji, która przerasta ich możliwości.

      Odpowiedz
      • Katarzyna - 10 lutego 2016 10:00

        No ale żeby dziecko miało motywację wewnętrzną musi nabyć ją od rodziców (patrz superego) i dopiero uwewnętrznić. Zawsze najpierw jest ‚dla rodziców’ a potem dopiero ‚dla siebie’, czyż nie?

      • AStein - 11 lutego 2016 22:10

        Nie.
        Motywacja wewnętrzna to nie jest uwewnętrznienie motywacji zewnętrznej.

      • Katarzyna - 12 lutego 2016 22:25

        A może Pani rozwinąć myśl? Skąd się bierze/ jak jest kształtowana motywacja wewnętrzna?

      • AStein - 15 lutego 2016 10:15

        Motywacja wewnętrzna jest generalnie wrodzona i głównym zadaniem rodziców jest nie przeszkadzać i tworzyć warunki do jej rozwoju – czyli głównie dawać poczucie bezpieczeństwa, akceptację, autonomię, inspirację itp.

      • Agata - 5 grudnia 2016 17:55

        Polski system szkolnictwa kładzie duży nacisk na dobre oceny, taki jest fakt. Nauczyciele są rozliczani z wiedzy uczniów, z osiągniętych przez nich wyników na egzaminach, więc nic dziwnego, że właśnie to znajduje się u nich na pierwszym miejscu. Głośne w ostatnim czasie „wyrównywanie szans” sprowadza się w gruncie rzeczy do tego, że, mówiąc kolokwialnie, ciągnie się za uszy wszystkich uczniów o innych niż naukowe umiejętnościach w górę…by też dostali dobre stopnie. To tak jakby próbować zapakować wszystkie rośliny do takiego samego pudełka. Jedne pasują do niego od razu, ale innym trzeba przyciąć gałązki lub dosztukować brakujące, zamiast pozwolić na rozwijanie się w takim kierunku, który jest właściwy dla każdej jednostki. Dla mnie osobiście wyrównywanie szans powinno polegać nie tyle na uczeniu wszystkich tzw. „słabszych” (straszne słowo!) uczniów matematyki, co na zdiagnozowaniu, odkryciu predyspozycji i daniu szansy na rozwijanie ich. Nie oszukujmy się, nie każdy będzie w przyszłości umiał rozróżniać części mowy, ale osoby, które nie najlepiej radzą sobie z typowo „szkolnym” nabywaniem wiedzy, mogą być przecież doskonałymi kucharzami, stolarzami, mogą potrafić świetnie tworzyć rękodzieła, naprawiać samochody – jednym słowem robić mnóstwo bardzo potrzebnych! dla społeczeństwa rzeczy, a przecież też niełatwych. I czerpać z tego poczucie własnej wartości, w żadnym wypadku nie czuć się gorszym od innych, bo ich praca jest przydatna i nie każdy przecież potrafi ją wykonywać. Jednak gdy już w szkole podstawowej dzieci są oceniane właśnie przez pryzmat nabywanej szkolnej wiedzy i te oceny wychodzą nie najlepiej, zaczynają czuć się gorsze. Później osobom takim trudno odnaleźć się w dorosłym życiu. Druga sprawa to to, że wśród nas pokutuje przekonanie, że dziecko nie jest jeszcze pełnowartościowym człowiekiem, że dopiero z naszą pomocą się nim staje, więc dorosły człowiek musi mu mówić, co jest DLA DZIECKA dobre, a co złe. Warto poczytać Jespera Juula, ma zupełnie inne zdanie na ten temat.

  13. piotrek - 8 lutego 2016 23:31

    Tekst wg mnie w punkt. Natrafiłem gdzieś na tezę, że osoby z pierwszej jak i z ostatniej ławki (metaforycznie) mają zbliżone ryzyko wystąpienia trudności w radzeniu sobie w dorosłości. Najlepiej być średniakiem 🙂

    Odpowiedz
  14. Jolanta - 8 lutego 2016 22:44

    Miło, że ktoś ma takie samo zdanie jak ja. Obrazki nic zupełnie nie zmieniły i nadal nie było to ocenianie wspierające rozwój. Jestem mamą i do niedawna byłam nauczycielem w szkole specjalnej. U nas jest troszkę inaczej. Dzieci są dowartościowywane. a nie oceniane za pomocą stopni. Natomiast w szkole u mojego syna, przeraża mnie presja ocen u innych rodziców. To że ja nie wywieram presji na dziecko moje, żeby się lepiej uczyło czy miało lepsze stopnie jest odbierane przez nauczycieli jako brak zainteresowania. A to nie tak. Szkoła powinna uczyć moje dziecko radzić sobie w życiu i zdobywać pewność siebie, nie odwrotnie. Od jakiegoś czasu zastanawiam się poważnie nad nauczaniem domowym.

    Odpowiedz
    • Ewa - 10 lutego 2016 11:35

      Mi też miło, że ktoś ma podobne zdanie do mnie. Ja odpuściłam i chcę powiedzieć, że nie ma teraz aż takiej wojny, by syn szedł do lekcji itp. a i ku mojemu zdziwieniu sam przysiada do biurka ! Uczy się na miarę swoich możliwości,; gdy czegoś nie umie pyta czy pomogę, ale z reguły odrabia sam bo chce mieć choćby nawet dwóję ale zasłużoną przez samego siebie. Warto odpuścić, bo to my często rodzice sami kładziemy ogromny nacisk na naukę. A niektórzy nauczyciele to już swoją drogą. Mi też się trafił wychowawca, który uważa że się dzieckiem nie interesuje… bo nie zależy mi na jego ocenach. Dawniej bardzo mi zależało, ale teraz wiem, że nie tędy droga. Nie to jest najważniejsze. Jak będzie zdrowe, nie zaburzone w swojej wartości ..to i w życiu sobie poradzi. Nie każdy musi być lekarzem czy prawnikiem .

      Odpowiedz
  15. Dorota - 8 lutego 2016 19:48

    Jako nauczycielka szkoły podstawowej podzielę się kilkoma uwagami. Gonitwa za ocenami najlepszymi coraz bardziej dominuje atmosferę pracy dzieci w szkole. Nie jest to jednak wymaganiem nauczycieli (piszę o swojej szkole). Niestety rodzice stawiają dzieciom coraz wyższe poprzeczki. Gdy pojawiają się czwórki (o trójkach nie wspomnę) zapisują na dodatkowe zajęcia, biegają po opinię do poradni psychologiczno – pedagogicznej, panikują pytając „Co z moim dzieckiem jest nie tak?” Spokojne tłumaczenie, że wszystko jest w porządku, że czwórka to ocena „dobra” niestety większości rozambicjonowanych rodziców nie przekonuje. W niektórych klasach obserwuję wręcz (przepraszam za określenie) „wyścig szczurów” który niestety łączy się z pogardą i lekceważeniem dzieci uczących się zwyczajnym tempem. Mam nadzieję, że zamieszczony przekaz da niektórym rodzicom trochę do myślenia.

    Odpowiedz
    • artur - 8 lutego 2016 23:33

      Pisze Pani jako nauczyciel szkoly podstawowej…
      OK. To wytlumacze moze skad sie bierze takie zachowanie nas – rodzicow.
      Albo, zeby bylo krocej, czy aby na pewno z dzieckiem jest wszystko w porzadku skoro nie potrafi berdzo dobrze (nie celujaco) opanowac materialu w klasie piatej, ktory ja mialem juz w klasie DRUGIEJ?
      Ktos, w ktoryms momencie chyba cos robi zle (ja-brak zainteresowania wystarczajacego, lub dziecko – len) jezeli cos takiego ma miejsce, prawda?
      Owszem sa dzieci mniej uzdolnione, ale rodzic widzi na co go stac, po innch czynnoscia, wypowiedziach, blyskotliwosci itp.
      To jest roznica programowa conajmniej 3 klas w pewnych wypadkach.
      Bardzo przepraszam, ale przy tych wymaganiach jakie sa obecnie nie ma mowy o terrorze psychicznym, a wyscig szczurow – owszem jest, ale jako nauczycielka powinna Pani wiedziec, ze polega na czyms innym! i jest nakrecany przez samych uczniow i ich ambicjami, a nie ambicjami rodzicow. Od rodzicow mogli przejac co najwyzej genetyczne predyspozycje do tego.
      I slowo do autorki tekstu, jako 50-latek, ktory widzial niejedno male stworzenie wchodzace w siwat dorosly moge jednoznacznie stwierdzic, ze nie radza sobie z tym dzieci, ktore emocjonalnie nie sa przygotowane do trudnosci zyciowych, do pracy, a przede wszystkim „koniecznosci obowiazku” – takie dziwne sformuowanie, ale chyba wiadomo o co chodzi.
      Komu wtedy uda sie przezwyciezyc ten okres, ten ulozy sobie zycie, reszta ucieka sie do „latwiejszych” form zycia w spoleczenstwie.
      Nie daje mi tez spokoju, to ze te wszytkie „udogodnienia” dla dziecka, sa tylko forma wytlumaczenia sie rodzica, ze nie ma dla niego czasu…..

      Odpowiedz
      • AStein - 9 lutego 2016 11:13

        Ja myślę, że presja bywa po każdej stronie. I po stronie rodziców, nauczycieli i dzieci. Po prostu tak jesteśmy skonstruowani jako ludzie – kiedy ktoś nas zaczyna oceniać (a warto pamiętać, że rodzice i nauczyciele też są oceniani, choć nie w tak oczywisty sposób) – to pojawia się presja na to, żeby te oceny były coraz lepsze.
        Warto sięgnąć po książki Alfiego Kohna np. Punished by Rewards (czyli Ukarani przez nagrody), żeby dowiedzieć się więcej jak oceny i ocenianie działa destrukcyjnie na ludzi, nie tylko na dzieci.

        Druga rzecz, która przychodzi mi do głowy, a o której wiele osób zdaje się zapominać: rzadko wywieranie presji jest sposobem na to, żeby wcisnąć więcej do dziecięcej głowy. Są na to dużo skuteczniejsze sposoby – szkoda, że tak rzadko się z nich korzysta.

        Chciałam też coś dodać w ostatniej kwestii. Wytrwałości i pokonywania trudności. To bardzo ważne elementy. Całkowicie się zgodzę. Jednak wytrwałość nie bierze się z zewnętrznych wymagań a z tego, że dziecko jest czymś żywo zainteresowane i bardzo potrzebuje się czegoś dowiedzieć.
        Jest też wiele badań na temat tego, jak ocena obniża wytrwałość i chęć pokonywania trudności.

      • Zośka - 9 lutego 2016 12:57

        Nie wiem skąd się bierze przekonanie, że kiedyś to się dzieci musiały uczyć, a teraz nie bardzo. Przede wszystkim kiedyś naukę języka zaczynały dopiero w czwartej bądź piątej klasie, teraz uczą się od zerówki i nie rzadko od razu dwóch. W szkole mają zajęcia komputerowe, uczą się programować. Osobiście mam poczucie, że stworzono im dużo lepsze możliwości i postawiono duże większe wymagania niż mi i ich wieku.

  16. Magda - 8 lutego 2016 18:10

    Ma Pani bardzo ciekawe spostrzeżenie na temat wychowania dzieci, przydatne. Dziękuję 🙂

    Odpowiedz

Skomentuj!