rodzicielstwo bliskości po męsku


 photo profil.jpg

rodzicielstwo bliskości po męsku

Czyli dla facetów i ojców. Jak chcą poczytać. I dla kobiet, jeśli są zainteresowane.

Zaznaczając, że poniższy wpis jest efektem wielu przemyśleń i na pewno za jakiś czas pojawią mi się kolejne. To jest więc tylko stan na dziś.

Przede wszystkim jestem bardzo przywiązana do tego, że mówi się rodzicielstwo bliskości, a nie, jak zdarzyło mi się kilka razy usłyszeć – macierzyństwo bliskości. To nie jest przypadek. Teoria więzi specjalnie posługuje się określeniami typu „bezpieczna baza” albo „figura przywiązania” a nie po prostu „matka”, żeby zaznaczyć, że to wcale nie musi być matka. Ani nie musi być kobieta.

Figurą przywiązania może stać się dla dziecka, każda dostępna emocjonalnie dorosła osoba. A więc mama czy tata, ale też babcia czy dziadek, albo dużo starsza siostra czy brat.

Dodatkowo wskazane jest nawet, żeby tych figur przywiązania było więcej niż jedna. W różnych kulturach jest różnie – czasem dzieckiem zajmuje się głównie matka, czasem oboje rodzice pół na pół, a są i takie miejsca, gdzie malutkie dziecko może w ciągu godziny przechodzić przez ręce 8 osób. Kluczowa jest tutaj nie ilość, a gotowość ze strony dorosłych, do tworzenia więzi emocjonalnej, a nie tylko „zajmowania się” dzieckiem.

Znam więc takie rodziny, w których to mama zdecydowanie jest pierwszoplanową figurą, ale znam też coraz więcej takich, w których tata i mama są, w przybliżeniu, dwojgiem równorzędnych opiekunów. Niezależnie od tego, czy dziecko jest nadal karmione piersią korzysta ono z bliskości emocjonalnej z obojgiem rodziców i do obojga ma podobne zaufanie, że zaspokoją jego potrzeby.

Tutaj niekiedy pojawia się kłopot, bo kobiecie zdarza się pomyśleć albo usłyszeć od kogoś innego, że to podejrzane, że tata ma taką dobrą relację z mamą. Całkiem poważnie usłyszałam kilka razy pytanie od rodziców, czy to jednak nie powinno być tak, że mama ma mocniejszą więź z dzieckiem.

Chciałabym więc wyklarować, co wiadomo, co nie do końca, co mnie przekonuje a co nie.

Pod hasłem „badania pokazują” albo „naukowcy odkryli” można natrafić generalnie na dwa pomysły. Pierwszy taki, że kobiety lepiej zajmują się dziećmi niż mężczyźni. Że opieka matki ma jakąś niezwykłą przewagę nad opieką ojca. Drugi taki, że ojciec ważny jest i jak go brakuje, to jest źle.

Czyli: Jesteś mniej ważny, ale na pocieszenie powiemy ci, że bez ciebie dziecku będzie gorzej.

To raczej nie tak.

Odnosząc się więc do pierwszej części. Tym, co różnicuje ludzi pod względem sposobu, w jaki opiekują się dziećmi jest przede wszystkim wprawa i praktyka, a nie płeć. Czyli czas, jaki spędzili na opiece nad dziećmi, a zwłaszcza tym konkretnym dzieckiem. „Czas” oznacza tu rzeczywisty czas poświęcony byciu z dzieckiem, a nie wiek dziecka.

Facet, który jest ojcem, zaangażowanym w opiekę nad swoim dzieckiem, z pewnością ma przewagę nad bezdzietną kobietą, która tego dziecka nie zna i która do tej pory nie zajmowała się opieką nad dziećmi.

Nawet jeśli by tak było, że kobietom jest łatwiej z racji ciąży, to i tak, tuż po narodzinach swojego dziecka, oboje rodzice zaczynają mniej więcej z takiego samego poziomu (chyba, że ona opiekowała się przedtem trójką innych niemowląt). Jednak już kilka dni w szpitalu często powoduje, że po powrocie do domu, łatwo jest, kiedy dziecko płacze, powiedzieć – ty wiesz, co robić, bo jesteś matką. Ty to zrób (ubierz, przewiń, ponoś), bo ty już wiesz jak to robić.

Albo: daj ja to zrobię szybciej (lepiej, sprawniej, bardziej po mojemu)

Ale tak nie musi być.

Drugą rzeczą, która różnicuje ludzi pod względem tego, jak potrafią troszczyć się o dziecko jest wychowanie. I tu niestety często chłopcy mają trudniej. Nie powinni się bawić lalkami, nie powinni płakać ani być wrażliwi. Mają być silni, nie przyznawać się do swoich wątpliwości, trudności i do tego, że potrzebują pomocy. Mają też zazwyczaj mniej praktyki w okołodziecięcych czynnościach. Często też są wychowywani na bardzo ambitnych, zadaniowych ludzi, skoncentrowanych na odnoszeniu sukcesu – a w relacji z dziećmi to nie działa.

I teraz przechodzimy do drugiej połowy.

Czy dzieci wychowujące się z ojcami, albo których ojcowie angażują się w ich życie, rzeczywiście mają jakąś przewagę?

Czy (wyobraźmy sobie, że takie pytanie zadaje mi jakiś świeżo narodzony ojciec) moje zajmowanie się dzieckiem będzie miało dla niego znaczenie?

Będzie miało znaczenie, jeśli dla Ciebie będzie miało. To Twój wybór.

Możesz być facetem, który jest ważny dla swojego dziecka albo nie. To naprawdę Twoja decyzja.

Dziecko korzysta z każdej więzi, którą nawiązuje. Zdecyduj, czy chcesz, żeby korzystało z więzi i relacji właśnie z Tobą. Tu nie chodzi tak naprawdę o potrzeby dziecka, ale o to, czego Ty potrzebujesz.

Szczerze wątpię, żeby dorosły jakiejkolwiek płci, który zajmuje się dzieckiem, albo spędza z nim czas, bo czuje, że powinien i tylko dlatego, miał istotny wkład w życie tego dziecka. Jeśli nie ma poczucia, choć najmniejszego, że także dziecko wzbogaca JEGO życie.

Jeśli więc ktoś chce nawiązać relację ze wspaniałym człowiekiem, towarzyszyć mu w rozwoju i w poznawaniu świata, uczyć się od niego, rozwijać się dzięki kontaktowi z nim to uważam, że to świetny pomysł.

Ale jeśli ktoś nie chce, tylko musi, to obawiam się, że niewiele na tym skorzysta. Uczymy się dużo mniej wtedy, kiedy bardzo nie chcemy się nic nauczyć.

Chodzi więc o to, żeby tata był ze swoim dzieckiem nie dlatego, że coś robi lepiej i nie tylko tam, gdzie czuje się ekspertem. Chodzi o to, żeby był z dzieckiem, bo to dla niego ważne.

Jeśli już jakiś facet zdecydował się, że chce mieć relację ze swoim dzieckiem to lepiej, żeby nie czekał. Zdarza mi się przeczytać, że na początku kobiety radzą sobie lepiej, więc facet może poczekać, aż dziecko będzie starsze i bardziej komunikatywne. Radziłabym nie wierzyć w takie porady. Jeśli ktoś naprawdę chce mieć relację z dzieckiem, warto, żeby zaczął już dziś.

Dziecko przyjmuje jako oczywiste te relacje, w których jest od początku. Jednak po miesiącu, pięciu, piętnastu ono już wie, że mama zaspokaja jego potrzeby i pomaga mu radzić sobie z emocjami, więc kiedy ma jakiś kłopot woła… mamę. Tym samym matka ma więź z dzieckiem, a ojciec towarzysza do zabawy. A to nie to samo. Dziecko będzie podążać i korzystać z autorytetu swojej bezpiecznej bazy, a nie kumpla.

Tu chcę się przyznać, że uważam rodzicielstwo bliskości za stworzone jakby specjalnie dla ojców. To oni często potrzebują podpowiedzi i wskazówek jak nawiązywać relacje z dziećmi, bo nasza kultura poświęca wyjątkowo mało czasu, żeby zdobywali takie umiejętności.

Kulturowy obraz rodziny jest taki, że matka zaspokaja potrzeby dziecka a ojciec wymaga, stawia granice, karze. W rodzinach, które realizują taki model ojcowie, z zaskoczeniem i niezadowoleniem odkrywają, że dziecko „woli” osobę, która zaspokaja potrzeby od tej, która wymaga i karze. Tradycyjny podział ról utrudnia relację z dziećmi szczególnie ojcom.

Zdarza się nierzadko, że faceci, niezadowoleni z jakości swoich relacji z dzieckiem, mówią wtedy do swoich kobiet: rozpieściłaś go, za dobra jesteś dla niego, utrudniasz mi. To jednak nie matka utrudnia tutaj relację, tylko kultura i stereotypy. Z dzisiejszej psychologicznej wiedzy o rozwoju dziecka jasno wynika, że więź się buduje przez wrażliwość na potrzeby dziecka, a nie przez wymagania.

Ojcowie, którzy chcą budować dobre relacje z dziećmi są zmuszeni do korzystania głównie z modeli kobiecych i mają czasami obawy, że ich dziecko będzie miało dwie matki a nie mamę i tatę.

Tak naprawdę każdy rodzic wnosi do relacji z dzieckiem samego siebie, swoje niepowtarzalne ja. Rodzice mogą być oboje równo zaangażowani ale z pewnością dziecko doskonale ich rozróżnia i docenia ich indywidualność.

Rodzicielstwo bliskości jest pomocne ojcom, bo daje im jasne wyjaśnienie czemu to, co mogą robić dla dzieci jest takie ważne. Czemu bycie bezpieczną bazą jest podstawą harmonijnego rozwoju. Daje im logikę i porządek, jeśli go potrzebują.

Wiele kojarzonych z rodzicielstwem bliskości praktyk jest jakby specjalnie stworzonych po to, żeby również ojcowie mogli mieć mocną, bezpieczną więź ze swoimi dziećmi, mimo, że nie rodzą ich, nie karmią piersią i przeważnie dużo wcześniej wracają do pracy.Oraz nawet wtedy, kiedy czują, że budowanie mocnych relacji nie przychodzi im „łatwo i intuicyjnie” (wielu kobietom też nie przychodzi, ale to tajemnica).

Coraz częściej się zdarza, że pierwszy kontakt skóra do skóry jest realizowany również przez ojca. Nawet jeśli tak się nie stało, każdy tata może taki kontakt skóra do skóry mieć ze swoim dzieckiem w domu.

Tata może nosić swoje dziecko i może korzystać z zalet współspania. Dla tego rodzica, który pracuje, te nocne godziny bliskiego kontaktu z dzieckiem bywają jeszcze ważniejsze, niż dla tego, który spędza z nim cały dzień. Jeśli tylko to działa w danej rodzinie.

Każda rodzina sama ustala i negocjuje to, jakie są jej potrzeby. W każdej rodzinie wygląda to trochę inaczej. Dlatego realna mama i realny tata nie pokazują dziecku jaka jest „rola” mężczyzny i kobiety. Tego dziecko dowiaduje się każdego dnia, ze stereotypów, którymi jest otoczone. W domu dziecko najczęściej dowiaduje się, że to wszystko, co słyszy na temat „kobiet”, czy „mężczyzn” to właśnie stereotypy, bo w jego własnym domu nie wszystko jest takie szablonowe.

Dlatego to dzieci wychowywane bez bliskiego kontaktu z mężczyznami mają częściej bardziej stereotypowe widzenie facetów, a nie mniej.

Niezależnie od wszystkiego, każdy mały człowiek buduje i poznaje siebie w różnorodnych sytuacjach. Siebie jako człowieka. I tak jak już napisałam, każdy ojciec musi sam podjąć decyzję czy pragnie w tym procesie brać udział.

Każdy tekst, który piszę o dzieciach i rodzicielstwie piszę do obojga rodziców, bez względu na płeć. Ale tym razem poczułam, że potrzebuję napisać coś, co pozwoli stworzyć więcej równowagi w relacjach ojców i matek z dziećmi. Choć oczywiście nie udało mi się wyczerpać tematu, więc pewnie jeszcze kiedyś on wróci.

 

 

 

4 komentarze

  1. Matine - 20 sierpnia 2015 17:30

    Wspaniały tekst 🙂 Okazuje się , że mam to szczęście mieć męża RB , który w dodatku o RB nigdy nie słyszał 😉 On i mój syn są moimi najlepszymi nauczycielami 🙂
    Jest dokładnie tak jak Pani pisze- liczy się więź. Jak syn upadnie albo potrzebuje pomocy bardzo często zwraca się do ojca , mimo że ja jestem w pobliżu. Mąż od początku aktywnie uczestniczy w życiu syna , a wynika to z jego naturalnej potrzeby , a nie robienie tego na pokaz lub z poczucia obowiązku. Z moich obserwacji dodałabym jeszcze , że nie liczy się ilość czasu spędzonego z dzieckiem, ale jego jakość. Chodzi o to żeby naprawdę otworzyć się na tego małego człowieka , stać się dostępnym emocjonalnie, skupić się na nim, nawiązać żywy kontakt, być dla niego w 100% tu i teraz – tylko wtedy można mówić o prawdziwej relacji. A czy warto? Nigdy nie zapomnę jak synek w wieku 7 miesięcy zaczął się czołgać. Kiedy mąż przychodził z pracy synek słysząc otwierające się drzwi i głos ojca startował jak rakieta i przeczołgiwał się przez cały przedpokój , żeby jak najszybciej dotrzeć do taty. Później raczkował, a teraz z prędkością światła biegnie na złamanie karku i padu ojcu w ramiona . Dla takich momentów warto żyć i życzę tego każdej rodzinie 🙂

    Odpowiedz
  2. Adle - 11 stycznia 2015 21:52

    Pani Agnieszko, dziękuję za ten tekst- rzadko spotykam tak pełne spojrzenie na temat, chyba nic to się już nie da dodać. W naszej rodzinie mamy wymieszanie mojego w miarę świadomego RB z tym nieświadomym mojego męża. Dokładając do tego stereotypy i zachowania wyniesione z rodzinnych domów tworzymy mieszankę wybuchową, która chyba… działa. Będę tu zaglądać.

    Odpowiedz
  3. mmmmwwww - 3 stycznia 2015 02:21

    Stereotypy są „wciskane” dzieciom już od urodzenia. Wystarczy popatrzeć na robione od 10 lat „Domisie”. Osobnicy męscy są źli, tępi, głupi, niechlujni, nieudolni, zachłanni, łakomi, łapczywi i pasożytujący na wspaniałych osobniczkach żeńskich. Można odnieść wrażenie że „Domisie”są wymyślane przez jakieś wściekłe feministki a rycie bani przynosi oczekiwane skutki. Zmiany trzeba wprowadzać od początku. Np zamiast ” Domisi” coś co będzie opracowane przez ludzi obiektywnych i świadomych skutków obrazu ról płci i społeczności które są przedstawiane dzieciom.

    Odpowiedz
  4. nvc - 7 sierpnia 2014 15:07

    Niestety, kultura, telewizja, szkoła, środowisko wychowują faceta tak, a nie inaczej.

    Odpowiedz

Skomentuj!