Previous
Next

BLOG

zasady i informacje

Ostatnio odbyłam dużo fajnych rozmów na temat zasad z różnymi ludźmi, dlatego chciałam jakoś to spisać i uporządkować.

Ponieważ pisałam już o zasadach jakiś czas temu, zachęcam Was najpierw, żebyście tam zajrzeli.

https://agnieszkastein.pl/zasady-reguly-zakazy-nakazy/

Myślę, że ma to sens dlatego, że to jest początek pewnego wątku i nie chcę tutaj powtarzać tego, co tam pisałam. Ale też dlatego, że może to Wam pomóc zobaczyć jak bardzo może się zmienić myślenie i rozumienie konkretnej kwestii.

Staram się zachęcać ludzi do tego, żeby nie traktowali tego, co słyszą i czytają jako właśnie zasady, zakazy i dogmaty. Żeby byli otwarci na to, że wiedza idzie naprzód, że można ją weryfikować, doprecyzowywać, czasem coś ulega modyfikacji.

Teraz kiedy patrzę na to, co wcześniej pisałam widzę, jak szerokie i płynne bywa określenie, co jest zasadą a co nie. Z jednej strony prawie wszystko da się potraktować jako zasadę (ja mam taką zasadę, że nie lubię marchewki 😉 ) a z drugiej strony, kiedy ludzie piszą o zasadach w relacjach z dziećmi, czy nawet dorosłymi to używają pewnego konkretnego języka i konkretnych założeń.

Chciałam więc tutaj doprecyzować jaki to język i założenia.

Kiedy mówi się o zasadach często można usłyszeć określenia: nie wolno, trzeba, to jest złe, wszyscy muszą tego przestrzegać. Zasada jest więc zewnętrzna. Obowiązuje wszystkich, albo jakąś określoną grupę społeczną. Np. zasada, że dzieci po 20 leżą już w łóżkach.

Druga rzecz, która wiąże się z językiem zasad to często sankcje, które są związane z ich złamaniem (i to dla mnie jest element istotny zasad – zasadę da się złamać). Jak rozmawiam z ludźmi na temat zasad to bardzo często u ludzi pojawia się dyskomfort, kiedy rozmawiamy o takiej możliwości, że jest jakaś zasada a nie ma sankcji. Czyli ponieważ zasadę da się złamać to potrzebna jest pewna energia i zaangażowanie przynajmniej części osób w to, żeby osoby, których ta zasada dotyczy przestrzegały tej zasady.

Widzicie jaki to jest język?

O takim rozumieniu zasad będę dalej pisać. Nie będę więc pisać np.  o zasadach fizyki.

Napiszę o trzech hasłach, które ostatnio są dla mnie bardzo inspirujące.

Pierwsze hasło usłyszałam na warsztatach u Artura Króla i brzmiało ono tak:

Ludzie zewnątrzsterowni traktują informacje jako zasady, a ludzie wewnątrzsterowni traktują zasady jako informacje.

(i od razu zobaczcie, to nie jest zasada tylko informacja – ona nie mówi, że coś trzeba robić albo że czegoś nie wolno, ona bardziej pokazuje na czym polega bycie wewnątrz i zewnątrzsterownym, mówi jak można odróżnić jedno od drugiego)

Ważne jest dla mnie to, że coraz częściej rodzicom zależy na tym, żeby ich dzieci były wewnątrzsterowne. Uważają to za wartość. Podczas gdy przyglądając się bliżej ich perspektywie można zauważyć, że to jest perspektywa zewnątrzsterowna. Taka w której padają pytania:

  • czy robię to dobrze
  • czy rodzic ma prawo
  • co muszę zrobić
  • czy karanie jest złe
  • czy wolno mi
  • jak powinienem zareagować
  • czy to w porządku czuć złość

To wszystko są pytania w których zadający je sytuuje źródło sterowania na zewnątrz. Chce, żeby ktoś z zewnątrz określił zasady. Co jest dobrze a co źle. Co trzeba robić. Jaka jest właściwa reakcja. Jakim powinno się być rodzicem. Jakie uczucia są właściwe w danej sytuacji.

To mi się łączy z drugim inspirującym dla mnie zdaniem, które powiedział Tomek Sadzewicz, kiedy gadaliśmy o zasadach na Festiwalu Relacji w Rzeszowie:

Zasady są sposobem (są po to), żeby nie być ze sobą w kontakcie.

I znowu zobaczcie. Zgodnie z tym, co napisałam wcześniej widać, że osoby zewnątrz i wewnątrzsterowne inaczej to odczytują.

Zewnątrzsterowne:

  • zasady są złe/dobre
  • kontakt jest dobry/zły
  • trzeba być ze sobą w kontakcie
  • trzeba zlikwidować wszystkie zasady
  • nie da się być w kontakcie ze sobą, kiedy się przestrzega jakiejś zasady

Wewnątrzsterowne:

  • ciekawe, co to wnosi do mojego życia?
  • czy czasem traktuję zasady jako sposób, żeby nie być w kontakcie ze sobą?
  • czy zdarza mi się, że jakaś zasada, której przestrzegam utrudnia mi kontakt?
  • czy są sytuacje, kiedy wybieram zasady? w czym mnie to wspiera?

Bardzo wymownym przykładem wewnątrzsterowności jest dla mnie to, co w reakcji na zdanie o zasadach i kontakcie napisała Agata Kula. Że dla niej:

Zasady, są po to (są sposobem), żeby być ze sobą w kontakcie.

Dlaczego to dla mnie przykład wewnątrzsterowności? Bo chodziło o to, że słysząc jakąś zasadę można potraktować ją jak informację i sprawdzać ze sobą, czy mi to pasuje/pomaga czy nie. To dla mnie bardzo Juulowskie podejście (od nazwiska Jespera Juula).

Innymi słowami czasem struktura pomaga nam określić czego chcemy. I nie musi być do tego zasadą, której nie wolno złamać.

Chciałam tu podać jeszcze dwa przykłady. Na strukturę, informacje i zasady.

Pierwszy będzie warsztatowy.

Kiedy prowadzę warsztaty nie daję zasad ale dbam o strukturę i otwartą komunikację. Mówię na przykład jak sobie wyobrażam ćwiczenie, które będziemy wykonywać. Np. że trzeba sobie wybrać kartę z leżących na podłodze, która symbolizuje coś i porozmawiać o niej z kimś. Ale na prawie wszystkie pytania w stylu: czy mogę sobie wybrać więcej kart, czy może ta karta być o czymś trochę innym, czy mogę porozmawiać z dwiema osobami itp. zazwyczaj odpowiadam, że tak.

Instrukcja do ćwiczenia nie jest tutaj zasadą, przymusem, czymś czego, jeśli się nie zrobi to całe ćwiczenie zostało zrobione źle.

Struktura jest tu pewną propozycją, która pomaga zorientować się co robimy, inspiruje, daje pomysł, pomaga w kontakcie ze sobą. Jeśli ktoś zrobi ćwiczenie inaczej, bo inaczej zrozumiał instrukcję to nie znaczy, że zrobił je źle, zrobił błąd, złamał zasadę, nie posłuchał się.

Najczęściej jest to źródłem ważnych pytań:

– jak to się stało, że pół grupy zrozumiało inaczej (to może być też moje pytanie do mnie)

– czego się każdy z tego ćwiczenia nauczył (zwłaszcza o sobie)

– jakie pojawiły się pytania

To jest dla mnie różnica między strukturą i informacją a zasadami.

Drugi przykład – domowy.

Podobnie mogę mieć w domu zasadę, że nie krzyczymy na siebie. Jak znam życie co chwilę będzie się pojawiać sytuacja, że ktoś tą zasadę złamie. I pytanie co wtedy. Czy mogę mówić do dziecka: nie krzyczymy na siebie, jeśli mi samej zdarza się krzyczeć? Czy są sytuacje, w których krzyk jest uzasadniony? Co robię, kiedy ktoś do mnie krzyczy? Słucham co ma do powiedzenia czy przypominam o zasadzie?

A jak to jest w świecie wewnątrzsterownym –  w świecie informacji?

Mam tak, że nie przepadam jak ktoś na mnie krzyczy.

Wiem też, że nie lubią tego moi domownicy a niektórzy (dzieci) nawet się tego boją.

Ważne jest dla mnie, żeby brać pod uwagę to jak czują się w naszym domu wszyscy, nie tylko ja.

Rozumiem, że ludzie przeważnie krzyczą jak są w silnych emocjach. Wiem, że sama tak robię.

Staram się pamiętać, że jeśli ktoś krzyczy to widocznie coś jest dla niego bardzo ważne. Czasem jak sama nie jestem w zbyt silnych emocjach udaje mi się pamiętać o tym.

Staram się mówić o tym, co dla mnie trudne na bieżąco bo tak mi jest łatwiej niż kiedy z tym zwlekam i odruchowo podnoszę głos.

 

To nie są zasady. To są informacje.

W dodatku to są MOJE informacje.

Na podstawie tych informacji w każdym momencie życia podejmuję najlepszą możliwą dla mnie decyzję. Ale może być tak, że w różnych momentach inną. I możliwe, że inną niż Ty mój czytelniku. 😉

 

Więc generalnie mój proces jest taki, że coraz mniej jestem pewna, że jakieś zasady muszą być i coraz więcej widzę, że wolę informację. To mi daje wolność i możliwość brania odpowiedzialności za siebie. Np. wstaję rano, żeby zdążyć na pociąg dlatego bo chcę i tak wybrałam, a nie dlatego, że muszę. Nie dlatego, że jest taka zasada, że trzeba rano wstawać do pracy. Traktowanie wszystkiego (albo prawie wszystkiego) jako informację, daje mu dużo luzu i spokoju w sytuacjach, kiedy coś mi nie pasuje, nie wyjdzie, kiedy nie mam na coś wpływu.

PS. chcę jeszcze napisać drugi tekst o tym, że w NVC nie ma zasad, więc czekajcie 🙂

na święta

Ten wpis będzie przedświąteczny, ale też uniwersalny.

Będzie też krótki. Uczę się pisać tutaj krótko, żeby pisać częściej.

***

Rodzice bardzo dużo mówią o tym, że chcieliby, żeby ich dziecko było szczęśliwe, że chcieliby wychować dorosłego, który będzie umiał być szczęśliwy. Martwią się, kiedy ich dzieci są smutne i niezadowolone i chcieliby je przed tym uchronić.

Bycie szczęśliwym polega na umiejętności przyjmowania wszystkich emocji i czerpania z nich. Bycie szczęśliwym wiąże się z umiejętnością bycia smutnym, zawiedzionym, wściekłym, rozczarowanym, sfrustrowanym.

Im bardziej boimy się trudnych emocji tym mniej jesteśmy szczęśliwi.

Dlatego najlepsze co możemy dzieciom dać, na Święta i nie tylko, to prawo do przeżywania wszystkich emocji, także tych trudnych i swoją obecność.

Dziecko ma prawo być nieszczęśliwe.

Ma prawo czuć się źle, być niezadowolone, być wściekłe.

Ja też sama łapię się na tym, że czasem chcę uszczęśliwić innych ludzi zamiast być obecną. Chcę, żeby czuli się dobrze, żeby byli mi wdzięczni za to, jak o nich dbam, żeby pokazywali mi, że dobrze sobie radzę i że jestem im potrzebna. Czasem to bardzo blisko oczekiwania, że inni będą udawać szczęśliwych po to, żebym poczuła się lepiej.

Staram się.

Mówię:

widzę, że Ci trudno

jestem przy Tobie

to Cię zezłościło

potrzebujesz popłakać

masz dzisiaj kiepski nastrój

jak Ci z tym jest

Zamiast:

nie płacz

nic się nie stało

wyolbrzymiasz

powinnaś się mniej przejmować

 

Dziecko ma prawo być nieszczęśliwe.

 

Jeśli nie ma tego prawa i tak bywa nieszczęśliwe. Jak każdy żywy człowiek. Tylko wtedy jest z tym samo.

 

 

NVC czyli co

To jest wpis – wspomnienie. Napisałam go 4 lata temu, o tej mniej więcej porze roku. A ponieważ widzę, że dużo osób go udostępnia postanowiłam go wstawić tutaj, żeby nie zginął.

Napisałam, żeby pamiętać, że NVC to nie jest prześciganie się w byciu miłym i fajnym.

***

Rok temu kończył się roczny trening NVC, w którym brałam udział. To był intensywny czas. Pełen emocji, miłych, ale głównie trudnych. Dużo się nauczyłam i dużo się o sobie dowiedziałam.

Między innymi w praktyce zobaczyłam na czym polega NVC. Zobaczyłam też i poczułam ile bólu i łez potrzeba było czasem, żeby uczestnicy treningu (w tym ja) zrozumieli, że NVC to nie zawsze jest to, co im się wydaje, że jest.
NVC to nie jest bycie miłym i poświęcanie się dla innych. To nie jest dbanie o wszystkich dookoła. To nie jest bycie miłosiernym samarytaninem i dobrą ciocią.
Nie jest też trikiem, metodą na szybkie osiąganie swoich celów. Ani szybką metodą na to, żeby ludzie robili to, czego chcemy.
NVC jest sposobem życia, który można praktykować jeśli się tego chce. Kto podejmuje taką decyzję jest adeptem. I będzie adeptem przez cały czas. Nawet osoby, które praktykują NVC od wielu lat, dalej się uczą i dalej się rozwijają. W środowisku NVC jest wprawdzie certyfikat przyznawany przez CNVC – organizację założoną przez Marshalla Rosenberga, ale nawet ci certyfikowani trenerzy są adeptami, tylko bardziej zaawansowanymi w tej drodze. Nie ma ekspertów i świętych duchów. Nie ma takich, którzy wiedzą wszystko i najlepiej. Także dlatego, że w każdym człowieku jest przestrzeń na własne emocje i potrzeby. Nawet sam Marshall Rosenberg nie wie lepiej od ciebie czego potrzebujesz i co czujesz.
NVC mówi między innymi (to było BARDZO trudne):
Jesteś odpowiedzialny tylko za WŁASNE emocje i potrzeby. Jesteś wolny. NIE MUSISZ zaspokajać potrzeb innych. Ale nikt nie zaspokoi twoich potrzeb. Ludzie nie zaspokajają swoich potrzeb, tylko mogą się nawzajem wspierać.
Jeśli chcesz, możesz poprosić kogoś, żeby pomógł ci w zaspokojeniu twojej potrzeby, ale to tylko jedna ze strategii. Druga osoba nie jest jedyną możliwością zaspokojenia potrzeby. Jeśli będziesz tak to widzieć to ta druga osoba prawie na pewno powie “nie”.
To jest bardzo ważne w NVC: ja CZUJĘ, bo ja POTRZEBUJĘ. Nie czuję, że zła, smutna, wściekła BO TY. To ja odpowiadam za własne uczucia i za moje niezaspokojone potrzeby. Jeśli mówię ci, że MUSISZ zrobić to, o co proszę, bo potrzebuję CIEBIE, TWOJEJ BLISKOŚCI, KONTAKTU Z TOBĄ, to właśnie wtedy traktuję cię przedmiotowo i odmawiam ci wolności i autonomii.
Jeśli chce praktykować NVC to traktuję każdą sytuację jako okazję, żeby zastanawiać się na MOIMI uczuciami i potrzebami, a nie nad tym, co inni ludzie POWINNI zrobić inaczej, żebym ja się lepiej czuła. Inni ludzie nie muszą dbać o moje potrzeby. To ja mogę o nie dbać, jeśli podejmę tą odpowiedzialność.
NVC nie jest gwarancją na to, że wszystko będzie słodko i miło. Że nie będzie bólu i łez. Wręcz przeciwnie, NVC uczy jak przyjmować swój ból z wdzięcznością i traktować go jako wskazówkę co do naszych niezaspokojonych potrzeb. Jak zamiast odbijać piłeczkę w kierunku tego, kto nas rani mówić: to mnie bolało, bo MOJA potrzeba bezpieczeństwa i wspólnoty nie została zaspokojona.
NVC to nie są okrągłe zdania, które można przeczytać w książkach o NVC, albo usłyszeć w czasie wykonywania ćwiczeń. One są jak kijek do nauki jazdy na rowerze. Używa się ich po to, żeby przestawić sobie pewne rzeczy w głowie. Jeśli się tego nie zrobi, same słowa nie zadziałają. Jeśli się zaczyna praktykować NVC w sercu znajduje się słowa, które brzmią naturalnie i prosto. Czasem słowa wcale nie są potrzebne.
Na pewno można by napisać dużo więcej. Ale moja potrzeba jasności, komunikacji i pisania o NVC na ten moment została zaspokojona.

szóstki czy zdrowie…

Dzisiaj będzie o tym obrazku:

zdrowie psychiczne

 

Pomyślałam, że skoro ten przekaz okazał się ważny dla tak wielu osób, to może napiszę o tym, dlaczego jest taki ważny dla mnie.

***

Zaczęło się od tego, że zobaczyłam podobny obrazek po angielsku. Jeden raz, drugi. Udostępniłam go u siebie. Okazało się to dla wielu osób ważne.

Pomyślałam, że skoro tak, to może zróbmy to i w naszym języku i w naszym kraju.

Miałam nadzieję, na żywy odbiór, choć nie wyobrażałam sobie, że aż taki (o ile się orientuję, o co w tym chodzi, facebook mówi mi, że obrazek obejrzało ponad 600 tysięcy osób).

Oczywiście to nie jest powód podstawowy. Udostępniłam, a potem udostępniłam jeszcze raz po polsku coś, co mocno mnie dotyka i to zarówno osobiście jak i zawodowo.

***

Osobiście – bo uważam, że zdrowa konstrukcja psychiczna, umiejętność radzenia sobie z samym sobą, kontakt ze swoimi potrzebami i emocjami przyda się w dorosłym życiu mojemu dziecku (i innym dzieciom).

Przyda mu się dużo bardziej niż dobre lub najlepsze oceny.

Z moich obserwacji wynika, że ludzie, którzy jako dorośli mają najtrudniej, to nie są ci, którzy słabo się uczyli w szkole. To raczej ci, którzy nie ogarniają. Swoich emocji. Swoich potrzeb. Relacji z innymi ludźmi.

Którzy nie potrafią zadbać o siebie. Ochronić się przed naruszeniem swoich granic. Nie wiedzą o co im chodzi. Nie mają podstawowego poczucia bezpieczeństwa.

Także ci, którzy nie potrafią się uczyć i rozwijać. Ale raczej nie w sensie szkolnym, tylko w dużo szerszym znaczeniu.

Mam także dużo większą wiarę w kolejność – dziecko, które radzi sobie ze sobą uczy się coraz lepiej niż w kolejność odwrotną – dziecko, które ma super oceny, dzięki temu coraz lepiej radzi sobie ze sobą i z życiem.

Nie mówiąc już o tym, że “uczy się, umie dużo” i “ma dobre oceny” to naprawdę nie zawsze jest to samo.

***

A teraz o aspekcie zawodowym.

Przychodzi do mnie coraz więcej rodziców i coraz więcej dzieci, z sytuacjami, gdzie naprawdę pytanie, co jest ważniejsze – szkolne wymagania czy zdrowie psychiczne nabiera głębszego znaczenia.

To są dzieci (dzieci, nie młodzież, bo wiele z nich ma po 6, 7, albo 8 lat), dla których spełnianie oczekiwań szkoły i nacisk na dobre lub jeszcze lepsze oceny kończy się dramatycznie. Zaburzeniami lękowymi, natręctwami, zaburzeniami psychosomatycznymi, początkami depresji.

To naprawdę są dzieci, które można ochronić przed poważnymi trudnościami, szpitalem i leczeniem psychiatrycznym. Czasem zaczynając od tego, żeby powiedzieć dziecku: nie obchodzi mnie jak się uczysz, bo jesteś moim dzieckiem. Nie obchodzi mnie, nie dlatego, że nie jesteś dla mnie ważny, dlatego, że olewam twój rozwój itp. ale dlatego, że są rzeczy ważniejsze niż to, jak wyrabiasz się w czyichś oczekiwaniach i w podstawie programowej.

Zwłaszcza, że przeważnie ta “walka” o oceny nie dotyczy zdania do następnej klasy, tylko różnicy między szóstką a tróją.

I tak. Powiedzmy sobie prosto z mostu. Lepiej mieć tróje od góry do dołu niż mieć depresję i myśli samobójcze. Lepiej mieć tróje niż przymus mycia rąk co piętnaście minut lub ciągłe poczucie, że zaraz się zemdleje lub zwymiotuje.

Często, żeby pomóc dziecku nie wystarczy olać jego stopnie. Ale często od tego trzeba zacząć.

***

Zobaczcie, że ja nie mówię o tym, żeby w życiu dziecka były same rozrywki i przyjemności. Żeby nie było żadnego stresu. Nie mówię o tym, żeby dziecko robiło, co chce. Albo, że można nic nie umieć i jakoś sobie żyć.

Mówię tylko, że są sprawy ważne i ważniejsze.

A przy okazji, że dziecko, które ma trudności w nauce potrzebuje pomocy i wsparcia a nie więcej presji i wymagań. Potrzebuje, żeby dorośli rozumieli skąd się biorą jego trudności i wytrwale sięgali głębiej niż popularne – niestety – nadal: zdolny ale leniwy.

PS: Celowo na obrazku jest napisane oceny a nie stopnie, bo uważam, że zamiana cyfr na kolorowe kropki, albo słoneczka i “postaraj się więcej” naprawdę nic nie zmienia. Nadal dla kogoś ważniejsze jest to jak dziecko “wypada” niż to kim jest i co się z nim dzieje. Nadal dziecko jest “nauczanym obiektem” a nie człowiekiem, który poznaje świat i rozwija się.

 

 

V. co zamiast kary?

(to kolejna część serii o karach, prawdopodobnie nie ostatnia, mam jeszcze ochotę napisać o dzieciach ze specjalnymi potrzebami)

***

Pytanie “co zamiast” sugeruje, że kara jest słabą (ale jednak skuteczną) metodą wychowawczą i trzeba ją zastąpić czymś lepszym. Jednak tak naprawdę kara nie jest metodą wychowawczą, tylko czymś, co szkodzi w wychowaniu. Nie trzeba jej zastępować, tylko z niej zrezygnować.

Sama rezygnacja ze stosowania kar powoduje poprawę funkcjonowania dzieci i poprawę relacji. Tworzy przestrzeń do tego, żeby się zatrzymać i pomyśleć. Żadne dziecko nie potrzebuje kary do tego, żeby mogło się dobrze rozwijać. Choć dzieci mogą być zaskoczone tym, że kary nagle przestały się pojawiać i mogą potrzebować wsparcia, żeby zrozumiały tą zmianę.

Powtórzę to jeszcze raz: dzieci nie potrzebują kar, każde dziecko da się wychować całkowicie nie stosując kar.

Pytanie “co zamiast kary?” bywa prośbą o podanie jakiejś alternatywnej metody kontroli. I rzeczywiście propozycja zrezygnowania z kar jest zaproszeniem do radykalnego zrezygnowania z kontroli w relacjach z dzieckiem. A mówiąc bez owijania w bawełnę jest to raczej kwestia zrezygnowania ze złudzenia, że w ogóle można kontrolować to, co robi (a także to, co myśli, czuje, w co wierzy) drugi człowiek. Badania pokazują nieodmiennie (dużo o tym pisze Alfie Kohn w swoich książkach), że to właśnie ci rodzice, którzy najbardziej chcą kontrolować swoje dzieci i ich zachowanie, mają na te dzieci najmniejszy wpływ.

Kontrola oznacza – ja chcę decydować jak ty się będziesz zachowywać. Wpływ oznacza, że mamy relację i dziecko bierze pod uwagę opinie, wartości i przeżycia rodziców.

***

Jeśli rodzica interesuje wyłącznie zachowanie dziecka, to żadna metoda nie zadziała. Ludzie po prostu bardzo źle reagują na kontrolę i ograniczanie im możliwości decydowania.

Jeśli rodzica interesują intencje dziecka, to kara działa w przeciwną stronę (szkodzi), czyli nawet jeśli dziecko robi to, czego dorosły oczekuje, to jest w to coraz mniej zaangażowane.

Model wychowania oparty na karach zakłada, że można znaleźć jakieś uniwersalne metody reagowania na niepożądane zachowania, które sprawdzą się we wszystkich sytuacjach. To nieprawda. Nie da się odpowiedzieć na pytanie, jak zareagować na zachowanie dziecka nie biorąc pod uwagę jakie to zachowanie, co rodzic chce osiągnąć, dlaczego dziecko się tak zachowuje itp.

***

Jeżeli rezygnacja z kar bywa trudna to raczej nie dla dzieci, a dla rodziców. Wymaga od nich tego, żeby potrafili powiedzieć: nie wiem, co robić, potrzebuję się zastanowić, nie rozumiem tego, co się dzieje. Wymaga przyznania się do własnego człowieczeństwa.

***

Ponieważ rodzice za pomocą kar próbują zaspokoić swoje potrzeby (a nie potrzeby dzieci), rezygnacja z kar wymaga przyznania się, że jest to nieskuteczna strategia. A żeby to zrobić, trzeba sobie najpierw spróbować uświadomić własne potrzeby, które stoją za tym, że dana osoba ucieka się do kar.

  • czy jest to potrzeba bezpieczeństwa?
  • czy potrzeba bycia wysłuchanym i wziętym pod uwagę?
  • czy potrzeba akceptacji ze strony innych dorosłych?
  • potrzeba przynależności?
  • potrzeba skuteczności?

 

Na każdą z ludzkich potrzeb jest wiele różnych strategii. Nie do wszystkich jest potrzebna współpraca ze strony dziecka. Jednak wymaga to zmiany w myśleniu o ludziach – z myślenia głównie o ich zachowaniu na myślenie o ich celach, intencjach, potrzebach.

Niektórzy w tym miejscu mówią, że im się nie chce tak ciągle myśleć i kombinować. Mam jednak dla nich ważną wiadomość. Nasz mózg potrzebuje ciągle pracować, żeby się nie starzeć za szybko. Rodzicielstwo bez kar jest więc sposobem na długą młodość (przynajmniej umysłową).

***

Rodzice, którzy zmieniają podejście do wychowania (nie tylko rezygnują z kar, ale zaczynają patrzeć na dziecko jako na drugiego człowieka, którego można traktować z szacunkiem i brać pod uwagę) po pierwsze odkrywają, że dużo rzadziej myślą o tym, że dziecko się źle zachowuje. Dużo częściej myślą o tym jak pomóc dziecku i jak zrozumieć jego zachowanie.

***

Co można zrobić, kiedy komuś przychodzi na myśl pokusa zastosowania kary? Zadać sobie kilka pytań.

  • czy zachowanie dziecka zagraża dziecku albo komuś innemu?
  • co się stanie jak nic nie zrobię i poczekam chwilę? (co najgorszego może się stać, jeśli dziecko zrobi to, na co ma ochotę?)
  • czy dziecko jest rozwojowo gotowe, żeby powstrzymać się od tego zachowania (albo, żeby zachować się tak, jak oczekuję)?
  • jakie potrzeby chcę zaspokoić wpływając na dziecko? o co chcę zadbać?
  • jakie potrzeby chce zaspokoić dziecko, zachowując się w dany sposób?
  • czy dziecko wie, jakiego zachowania oczekuję? czy na pewno?
  • czy mogę poprosić o pomoc i wsparcie jakieś dorosłe osoby? (zamiast prosić o współpracę dziecko)
  • czy mam jakiś sposób na poradzenie sobie ze stresem, inny niż zastosowanie kary?
  • jak ta sytuacja wygląda z perspektywy dziecka?

 

Jakie jeszcze pytania przychodzą wam do głowy?

IV. rezygnacja z kar

Cz. IV Dlaczego kary są takie kuszące?

To czwarta część cyklu. Poprzednie znajdziesz TUTAJ, TUTAJTUTAJ

Nie wiem, czy da się wymienić jeden główny powód, dla którego podejście oparte na karach jest w naszej kulturze takie kuszące. Co powoduje, że tak trudno jest sobie wyobrazić ludziom, że zrezygnowanie z kar może mieć pozytywne skutki.

Nie wszystkie powody będą prawdziwe we wszystkich sytuacjach. Są też na pewno takie powody, których nie wymieniam, bo nie przyszły mi do głowy. Jeśli znacie je, to się podzielcie.

 

Dlaczego więc w stosunku do dzieci używa się kar? Jakie powody podają osoby będące za stosowaniem kar? Dlaczego, kiedy pojawia się propozycja, żeby z kar zrezygnować, budzi to tak wielki opór?

 

  • Pragnienie kontroli

Gdzie jest jej źródło? Między innymi w sposobie wychowania, który bardzo mało zajmuje się dawaniem dzieciom poczucia bezpieczeństwa i sprawczości. Tak wychowywani ludzie próbują sobie poradzić z tym poprzez sprawowanie jak największej kontroli. Mają oni nadzieję, że kiedy różne sprawy będą szły po ich myśli, to właśnie da im bezpieczeństwo i satysfakcję.

Zrezygnowanie z kar oznaczałoby utratę kontroli nad dzieckiem a więc w jakim sensie nad swoim życiem, a to budzi strach.

 

  • Pragnienie hierarchii

Od bardzo wczesnego dzieciństwa doświadczamy tego, że ludzie są albo słabsi albo silniejsi, a bardzo rzadko są sobie równi. Silniejszy sprawuje władzę i ma prawo decydować o tym, co robi słabszy. Ma prawo pozwalać, zabraniać i ustalać zasady.

Zrezygnowanie z kar oznaczałoby okazanie słabości. Pozwolenie na to, żeby dziecko rządziło i wchodziło na głowę.

 

  • Pragnienie opieki nad kimś słabszym

Panuje przekonanie, że dzieci są głupie, nie wiedzą czego potrzebują, nie umieją o siebie zadbać, a w związku z tym, ktoś mądrzejszy i starszy musi się tym zająć.

Zrezygnowanie z kar w tym podejściu jest przedstawiane jako utrudnianie dziecku nauki, bo przecież bez kar dziecko nie zrozumie jakie zachowanie jest “właściwe”.

 

  • Pragnienie ulepszenia dziecka

Panuje przekonanie, że natura ludzka jest słaba i dąży do zła. Dzieci są egoistyczne i trzeba je zmusić siłą do tego, żeby brały pod uwagę innych ludzi. Jeśli się tego nie zrobi, na przykład za pomocą kar, będą chciały rządzić dorosłymi i zaspokajać tylko własne najprostsze potrzeby.

Rezygnacja z kar w tym modelu oznaczałaby zgodę na wychowanie egoisty, który ma na celu wyłącznie własne dobro i doraźne przyjemności.

 

  • Pragnienie sprawiedliwości

Jeśli ktoś zrobił komuś krzywdę to i jego musi spotkać krzywda. Oko za oko, ząb za ząb. Nie jest możliwe wybaczenie, bo natura dziecka jest zła (patrz punkt 4) i dziecko doszłoby do wniosku, że można się w dany sposób zachowywać. To podejście oparte jest też na biznesowym modelu relacji z dzieckiem, w którym nie ma nic za darmo i na wszystko trzeba zasłużyć.

Rezygnacja z kar oznaczałaby tutaj, że dziecko niesie na sobie ciężar winy za popełnione czyny. Kara jest więc pewnego rodzaju odkupieniem naruszenia zasad i wyrównaniem rachunku.

 

  • Pragnienie potwierdzenia własnych doświadczeń

Mamy wszyscy tendencję do powielania modelu wychowania wyniesionego z dzieciństwa. Nawet jeśli nie realizujemy go dokładnie, albo chcielibyśmy robić dokładnie co innego, to jednak opieramy się na podobnym modelu świata i mamy te same odruchowe reakcje jak mieli nasi rodzice. Czasem nawet ludzie mówią, że łapią się na tym, że mówią słowa swoich rodziców.

Poza tym powiedzenie, że sposób wychowania stosowany przez rodziców był raniący nie jest łatwe. Choć rodzice zapewne wychowywali najlepiej jak byli w stanie.

Rezygnacja z kar oznaczałaby w tym momencie przyznanie się do własnego bólu, poczucia krzywdy, strachu. Często ludzie tak mocno odcięli się od uczuć jakie przeżywali będąc karani jako dzieci, że teraz przypomnienie sobie tamtych emocji jest zbyt zagrażające.

 

  • Pragnienie potwierdzenia własnej słuszności

Kiedy rodzice sami stosują kary, rezygnacja z nich może wiązać się z pojawieniem się silnego poczucia winy.

To zresztą bardzo namacalny przykład tego, jak działa poczucie winy. Żeby je zredukować ludzie częściej ignorują napływające do nich informacje niż próbują zmiany.

Rezygnacja z kar w tym przypadku oznaczałaby zmierzenie się z tym, że rodzic do tej pory robił coś, co utrudniało mu relację z dzieckiem i z emocjami, które się z tym wiążą.

 

  • Pragnienie przygotowania dzieci do dorosłego życia

Całe dorosłe społeczeństwo wydaje się być oparte na karach. Trudno jest poruszyć temat kar, żeby nie usłyszeć: w dorosłym życiu też są kary, nie da się bez nich żyć. Albo: to przestępców też nie można karać?

Stosowanie kar w stosunku do dzieci staje się w tym modelu sposobem na przygotowanie ich do dorosłego życia.

Rezygnacja z kar wydaje się w tym modelu prostą drogą do tego, że świat pogrąża się w chaosie i agresji. Albo do tego, że dziecko przeżyje szok stykając się z karami w szkole albo w dorosłym życiu.

 

Następna, ostatnia część cyklu będzie miała tytuł “co zamiast kary”, choć odpowiedź na to pytanie nie jest taka prosta i oczywista.

III. kary, dlaczego nie?

Ten tekst (to trzecia część cyklu, dwie pierwsze można przeczytać TUTAJTUTAJ) dotyczy tego, dlaczego kary są metodą postępowania z dziećmi, z której warto zrezygnować. Będzie więc głównie o wadach kar. Następny tekst będzie o tym, co uznawane jest czasami za zalety karania, czyli o tym, dlaczego tak trudne bywa zrezygnowanie z karania.

 

  1. Kary naprawdę nie są skuteczne. Jest bardzo wiele badań, które pokazują to, co właściwie jest zgodne ze zdrowym rozsądkiem. Kara wywołuje niechęć do karzącego i niechęć do współpracy z nim. Długoterminowo osoby, które stosują kary mają mniej wpływu na zachowanie swoich dzieci.
  2. Kary powodują często bunt, chęć przeciwstawienia się. Nawet jeśli dziecko nie komunikuje swojego oporu wprost, bo boi się reakcji dorosłego, to dalej jego myśli dotyczą raczej poczucia krzywdy niż chęci poprawy i zmiany swojego zachowania.
  3. Kary są pozornie skuteczne. Poprawa, która następuje po karze, jest spostrzegana jako wynik kary, nawet wtedy, gdy nie ma z nią związku. Zazwyczaj dzieci są karane wtedy, kiedy w oczach rodziców zachowują się bardzo “źle”. Niezależnie od tego, co robimy niemożliwe jest żeby dziecko zachowywało się “źle” przez cały czas, w pewnym momencie jego zachowanie się zmieni. Więcej pisałam o tym TUTAJ
  4. Kara opiera się na władzy. Na założeniu, że jedna osoba, ma prawo decydować o tym, co ma robić (a czasem nawet, co myśleć) drugi człowiek. Kiedy ten, kto ma być posłuszny nie robi tego, czego chce od niego silniejszy, jest uważany za złego, tego, kto źle postępuje a nie za kogoś, kto miał inne zdanie.
  5. Kary zachęcają do kłamstwa i ukrywania swoich zachowań przez karanych. Dziecko, które obawia się kary, często bardziej myśli o tym, jak ukryć swoje zachowanie niż o tym, żeby z tego zachowania zrezygnować.
  6. Trudno jest zrezygnować z karania. Kara powoduje w osobie, która ją stosuje złość na osobę karaną. Żeby poradzić sobie z trudnymi emocjami jakie w niej powstają osoba stosująca kary często tłumaczy sobie zachowanie dziecka w kategoriach bardzie intencjonalnych i celowych zachowań niż gdyby nie zastosowała kary – po to, żeby móc sobie powiedzieć, że kara była konieczna. 
    Osoby stosujące kary nie uczą się też najczęściej nowych metod radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Mają poczucie, że nie muszą, bo mają świetny sposób na wszystko – karę.
  7. Ludzie, którzy widzą, że kara nie działa wymyślają coraz mocniejsze kary. Każda kara traci na wartości, dziecko przyzwyczaja się do niej i uczy się sobie z nią radzić. To powoduje, że pojawia się pokusa tego, żeby zastosować mocniejszą karę, skoro ta poprzednia nie robi wrażenia. To może doprowadzić do eskalacji, w której bardzo łątwo sięga sie po coraz bardziej przemocowe metody.
  8. Kara niszczy relację z dzieckiem. Dziecku coraz trudniej jest uwierzyć, że dorosły robi mu przykrość dla jego dobra. Coraz trudniej jest zaufać, że dorosły stanie po stronie dziecka. Coraz trudniej jest o szczerość, bo szczere komunikowanie może spowodować zagrożenie karą za złamanie jakiejś zasady.
  9. Kara niszczy empatię karzącego. Rodzic, który intencjonalnie robi przykrość dziecku, musi wyłączyć swoją empatię, żeby w ogóle mógł ukarać. Po wielu takich sytuacjach trudniej jest reagować empatycznie także w innych okolicznościach.
    Karzący nie rozwija swojej empatii również przez to, że najczęściej w ogóle nie interesują go powody, dla których dziecko zachowało się w określony sposób.
  10. Ludzie, którzy stosują kary rzadko mają motywację, żeby szukać innych metod skoro mają taką świetną, uniwersalną metodę wychowawczą jak kara. Często radzą sobie z dyskomfortem, który powoduje w nich karanie przez szukanie kar, które nazywają innymi słowami, takimi jak np. konsekwencja. Albo poprzez zdejmowanie z siebie odpowiedzialności: to on zdecydował, że złamie zasadę, ja tylko robię to, co muszę zrobić, żeby być konsekwentnym.
  11. Kara zakłada złą wolę dziecka, że mogło inaczej, a nie chciało. To nie jest dobra baza do budowania bliskich relacji. Utwierdza rodziców w przekonaniu, że dzieci buntują się i rola rodzica polega na złamaniu ich woli i zmuszeniu ich do współpracy.
  12. Osoby stosujące kary często nie biorą pod uwagę możliwości rozwojowych dzieci. Wiele osób karząc dziecko nie ma rozeznania w tym, co może i potrafi zrobić dziecko w danym wieku, a co może być dla niego za trudne. Karzący rodzice nie maja też często rozeznania w potrzebach rozwojowych dzieci, bo większość zachowań, za które dzieci są karane, wynika z tego, że dziecko najlepiej jak potrafi stara się zaspokoić swoje potrzeby.
  13. Kary uczą, że silniejszy wygrywa. Taką postawę dzieci przenoszą potem na swoje relacje z innymi dziećmi a także na relacje z innymi ludźmi w ogóle.
  14. Kary są modelem tego, jak radzić sobie w konfliktach z ludźmi. Pokazują, że w konfliktowej sytuacji zamiast szukać porozumienia, rozwiązań typu “wygrana-wygrana” wystarczy określić, kto jest silniejszy i ma władzę.
  15. Kara nie uczy dobrego zachowania. Pokazuje dziecku, czego dorośli nie chcą, żeby robiło, ale nie uczy go, jak inaczej mogłoby się zachować, żeby zadbać o swoje potrzeby. Często dorośli, którzy stosują kary, sami nie mają pomysłu jak zachowaliby się w sytuacji podobnej do tej, w jakiej znalazło się dziecko.
  16. Kary powodują, że dużo trudniej jest dowiedzieć się od dziecka, co się stało, że tak się zachowało. Dziecko, które zostało ukarane, albo obawia się, że zostanie ukarane stara się zazwyczaj unikać dorosłego. Rzadko ma odwagę i gotowość, żeby dzielić się z nim swoimi intencjami, myślami czy potrzebami.
  17. Kara działa tylko na zachowanie, nie działa na zmianę postawy. Za pomocą kary można spowodować, że ktoś nie będzie czegoś robić. Ale nie można zmienić tego, jak dziecko myśli o danym zachowaniu. Czasem kara zmienia postawę na przeciwną do oczekiwanej. Rzeczy za które ludzie są karani, stają się dla nich bardziej atrakcyjne.
  18. Kara uczy koncentrować się na zachowaniach, sugeruje, że nie miały żadnej przyczyny. To nie pomaga dzieciom w uczeniu się wglądu, czyli rozumienia samych siebie. Nie pomaga w tym, żeby dziecko uczyło się myśleć o tym, jakie emocje, myśli, intencje stały za jego zachowaniem, bo z punktu widzenia karzącego to jest nieważne. Zdarza się też, że osoba wymierzająca karę na siłę przypisuje dziecku inne intencje niż te, które dziecko w sobie rozpoznaje.
  19. Kara jest rozładowaniem napięcia dla karzącego, można się od tego uzależnić. Złość i agresja powodują ulgę, której powtarzanie bywa kuszące.
  20. Kara podnosi wartość zakazanego owocu. Jeśli ukarzemy dziecko za coś, to podniesiemy tym samym wartość tego zachowania, które staramy się mu uniemożliwić.
  21. Kara nie uczy odpowiedzialności. Uniemożliwia przyjęcie konsekwencji swoich działań dziecku, bo odbiera mu autonomię. Kara pokazuje też dziecku, że silniejszy – dorosły, nie musi być odpowiedzialny. Może powiedzieć – to twoja wina, że muszę cię ukarać.
  22. Kara daje dziecku sygnał, że źle jest troszczyć się o własne potrzeby. Za troszczenie się o własne potrzeby dziecko jest karane, a kiedy próbuje zatroszczyć się o inne swoje potrzeby i uniknąć kary, często jest karane za to dodatkowo.
  23. Kara narusza poczucie bezpieczeństwa dziecka. Osoba, do której dziecko chce się chronić w poszukiwaniu bezpieczeństwa i osoba, przed którą dziecko chce się schronić, stają się tą samą osobą.
  24. Rodzice, którzy stosują kary robią to dość przypadkowo. Często za to samo zachowanie dziecko raz jest karane a raz nie, zależnie od aktualnej formy i nastroju rodzica. Często też się zdarza, że dziecko nie jest karane za “poważniejsze” przewinienia a jest karane za rzeczy mniej niebezpieczne, mniej istotne np. dlatego, że rodzic jest zmęczony, albo dlatego, że inni ludzie obserwują co zrobi rodzic.

Wiem, że trudno jest to czytać. Ale myślę, że jest bardzo potrzebne, żeby to wszystko zostało napisane.

Kary naprawdę szkodzą. Szkodzą relacji rodziców z dziećmi, szkodzą rozwojowi dzieci, szkodzą samym rodzicom.

Dlatego zrezygnowanie z kar zmienia relację na lepsze nawet, kiedy rodzice nie wprowadzają żadnej innej zmiany w swoich relacjach z dziećmi. W połączeniu z większą świadomością i rozwijaniem w sobie umiejętności widzenia rzeczywistości  z perspektywy dziecka oraz zdobywaniem wiedzy o rozwoju dzieci zmiany mogą być jeszcze większe.

II. kara czy konsekwencja?

 

Po pierwszym wpisie, który możecie przeczytać tutaj, pojawiło się wiele pytań o kary i konsekwencje. O to, żeby doprecyzować różnicę między nimi itp. choć mam poczucie, że byłam dość precyzyjna.

***

Zdziwienie wzbudziło to, że zachowanie rodziców nigdy nie jest konsekwencją. Jeśli rodzice stosują jakieś zachowanie, żeby nauczyć dziecko na przyszłość, żeby czegoś nie robiło, poprzez sprawienie mu przykrości, to jest to kara. (Konsekwencją może być to, że jak dziecko mnie ugryzie to mnie boli, ale już nie to, że odkładam je na podłogę)

My jako dorośli mamy taką zdolność, że możemy między bodźcem a reakcją, wprowadzić element świadomej decyzji. Zastanowić się, o co nam chodzi. Zdecydować, jak chcemy się zachować. To prawda, że czasem nie udaje nam się z tego skorzystać. Ale to, co innego niż celowe pozbywanie się odpowiedzialności za własne zachowanie i nazywanie go konsekwencją. My naprawdę możemy się zatrzymać i z różnych możliwości (jest ich dużo więcej niż kara i brak kary) wybrać tą, która jest najbardziej zgodna z naszymi wartościami. Czasem to trudne, ale można się tego nauczyć.

Dzieci do mniej więcej 6 roku życia mają znacznie ograniczoną zdolność wybierania i dostrzegania różnych możliwych zachowań. Do 25 roku życia, kiedy ich mózg przechodzi proces biologicznego dojrzewania wszyscy mamy mniej możliwości samokontroli niż ludzie dojrzali. Ale właśnie w tym okresie warto, żeby dzieci miały wokół siebie model odpowiedzialnego zachowania. Takiego, które opiera się na dokonywaniu wyborów, a nie na reagowaniu na bodźce.

***

Zachowanie nie jest konsekwencją, ale nie każde zachowanie rodziców w stosunku do dziecka jest karą. Nie każde ma intencję ochrony dziecka lub swoich potrzeb poprzez sprawienie przykrości. Możemy działać również z intencją ochrony, zatroszczenia się o bezpieczeństwo itp. i starać się, żeby to było najmniej przykre dla dziecka jak to jest  w danej sytuacji możliwe. Możemy komunikować dziecku, jak rozumiemy i odbieramy jego zachowanie. Możemy starać się zrozumieć jak ono odbiera rzeczywistość. Kary są (mam nadzieję) tylko małym wycinkiem tego, co zachodzi między rodzicami i dziećmi.

***

Czasem jak napisała o tym trochę Małgosia Musiał tutaj, szukanie kar i konsekwencji dotyka innego przekonania, które bywa popularne w naszej kulturze. Przekonania, że kara i konsekwencja są podstawowymi sposobami w jakie można nauczyć dziecko unikania pewnych zachowań. To podejście zakłada (pewnie rodzice nie mają świadomości tego), że dziecko wie, jak mogło by się inaczej zachować, potrafi to zrobić, pamięta o tym w chwilach emocji itp. tylko po prostu mu się “nie chce”. A to raczej nigdy nie jest prawda.

Kiedy pozbywamy się przekonania o tym, że to, co dziecko spotyka musi być dla niego nieprzyjemne, żeby dziecko się czegoś nauczyło, możemy też zmienić swoje podejście do konsekwencji. Możemy zobaczyć, że kiedy dziecko spotykają konsekwencje jego zachowania, możemy mu pomóc sobie poradzić z tymi konsekwencjami, na ile tego potrzebuje. Stanie z boku i mówienie: przecież cię ostrzegałam, a nie mówiłem, nie jest jedynym rozwiązaniem.

Możemy też zacząć odróżniać konsekwencje, które są możliwe (i często są mniej prawdopodobne niż nam podpowiada strach – spadniesz, przeziębisz się, będzie ci zimno) od takich, które się na pewno wydarzą.

Możemy odkryć, że czasami zamiast milion razy straszyć i ostrzegać, warto dać dziecku szansę doświadczenia i sprawdzenia, co się stanie. A czasem, kiedy dziecko doświadcza, sprawdza i ciągle coś robi, może warto pomyśleć, że to prawdopodobnie my mamy do odrobienia jakąś lekcję a nie tylko dziecko.

***

Radzenie sobie z zachowaniem dziecka jest dużo skuteczniejsze, kiedy bierze pod uwagę przyczynę zachowania dziecka. Jeśli dziecko nie wie, jak może inaczej o siebie zadbać, można mu pokazać. Jeśli nie umie tego zrobić, można dać mu przestrzeń na to, żeby się uczyło.Jeśli jest za małe, żeby zrobić to, czego od niego chcemy, można po prostu poczekać, aż urośnie (a samemu poszukać jakiejś innej strategii). Czasem można rozbić coś, co jest za trudne na mniejsze części. Jeśli się nudzi zadbać o to, żeby miało zajęcie. Jeśli zachowuje się w trudny sposób ze zmęczenia, umożliwić mu odpoczynek. Mogłabym tak naprawdę długo.
Radzenie sobie z zachowaniem dziecka jest dużo skuteczniejsze, kiedy nie tylko bierze pod uwagę przyczynę zachowania dziecka, ale zakłada, że tą przyczyną jest to, że dziecko próbuje, najlepiej jak potrafi, po prostu się o siebie zatroszczyć.

I. kara czy nie kara?

To jest początek kilkuczęściowego cyklu, który postanowiłam napisać, żeby można się było do niego odwoływać w razie wątpliwości. Chcę, żeby był na tyle wyczerpujący na ile się da.

Cz. I Co jest karą a co nie?

Kara to intencjonalne działanie. Nie jest karą to, co dzieje się przypadkiem bez decyzji i świadomości rodzica. Intencją kary jest kontrola czyli sprawienie, żeby dziecko w przyszłości zrobiło coś, albo nie robiło czegoś. To jest pozytywna intencja w tym sensie, że stosujący kary rodzice chcą dobra dziecka. Chcą je nauczyć, wychować, uchronić przed niebezpieczeństwem.

Rodzic podejmuje decyzję, że ukarze. Nawet jeśli wcześniej powiedział, jaka będzie kara, to dalej jest jego decyzja, a nie decyzja dziecka.

***

Kara odbywa się w kontekście przewagi siły i statusu. To silniejszy, starszy, taki, który ma do tego prawo, karze słabszego i młodszego a nie odwrotnie. Jeśli podobne rzeczy robią dzieci w stosunku do dorosłych, nie nazywa się tego karą. A dzieci często naśladują zachowania rodziców. Krzyczą na nich, wysyłają do innego pokoju, zabierają im różne rzeczy “za karę”.

***

Nieodłącznym elementem kary jest sprawienie przykrości, albo odebranie przyjemności po to, żeby ze strachu przed kolejną taką sytuacją dziecko powstrzymało się od pewnych zachowań, albo zachowywało się w określony sposób. Dorosły liczy na to, że dziecko będzie się bało kolejnej kary i nie będzie robić tego, “czego mu nie wolno”.

***

Kara zawiera też element naruszenia godności dziecka. Nie ma sprawiedliwych kar. Nie ma karania z szacunkiem. Opór przed karą i próba jej uniknięcia, to są naturalne i zdrowe reakcje, a nie przejaw demoralizacji i złego zachowania.

***

Jeśli chcesz wiedzieć czy coś jest karą, spytaj dziecko. Dzieci często dużo trafniej odczytują czy coś jest próbą kontroli i intencjonalnego sprawienia przykrości, bo nie mają kulturowych naleciałości, które od pokoleń sankcjonują kary i przekonują, że bez karania nie da się wychować dziecka na “porządnego człowieka”.

***

Czym się różni kara od konsekwencji? Na pewno nie tym, że konsekwencja jest zapowiedziana.

Kara jest efektem działania rodzica. Rodzic wybiera rodzaj kary i podejmuje decyzję, że ją zastosuje. Jest odpowiedzialny za swoje zachowanie, nawet kiedy próbuje dziecko przekonać, że kara jest konsekwencją zachowania dziecka. To nieprawda.

Konsekwencja wynika z działania praw przyrody, wydarza się nawet wtedy, kiedy nikt nie widzi działania dziecka.

Alfie Kohn zwraca też uwagę na to, że konsekwencje naszych działań często dotykają nie nas, tylko innych ludzi. I tego warto uczyć dzieci. Pisałam o tym więcej tutaj: https://agnieszkastein.pl/bo-nikt-nie-bedzie-chcial-sie-z-toba-bawic/

***

Czym się różni karanie od nagradzania?

Tak naprawdę praktycznie niczym. Odebranie nagrody jest karą. Jeśli mówię: “za karę nie obejrzysz bajki”, albo “w nagrodę obejrzysz bajkę” to tak naprawdę jest to żonglowanie słowami a nie prawdziwa różnica. Jesper Juul nazywa nagrodę “postmodernistyczną wersją kary”, łatwiejszą do zastosowania i do przełknięcia, ale przez to czasem nawet trudniejszą dla dziecka (bo trudniej się przeciw niej zbuntować).

***

To jest pierwszy artykuł z cyklu. Kolejne będą prawdopodobnie o tym, dlaczego kary wydają nam się tak atrakcyjne i nie do uniknięcia. O tym, czemu kary są szkodliwe. O tym, co zamiast kary.
Nie wykluczam, że w trakcie pisania okaże się, że potrzebny jest jeszcze jakiś dodatkowy temat.

a moje potrzeby?

Dziś krótko.

Z inspiracji książką Dayny Martin Radical Unschooling (jestem wdzięczna Mariannie za polecenie 🙂 ).

Dayna pisze o tym, że wielu dorosłych chce takiego rodzicielstwa, w którym dzieci słuchają się, są posłuszne, biorą pod uwagę potrzeby rodziców bardziej niż swoje itp. Według niej taka postawa wynika z tego, że obecni dorośli spędzili swoje dzieciństwo w atmosferze i otoczeniu, w którym sami rzadko bywali wysłuchiwani, brani pod uwagę i traktowani podmiotowo. A więc, kiedy mają już własne dzieci czują, że teraz to już mają do tego prawo, że teraz wreszcie to się stanie.

W ten sposób błędne koło się zamyka.

Jednocześnie jednak widać wyjście z tego koła.

Jeśli jest tak, że rodzic, który chce mieć posłuszne dziecko, pragnie w głębi serca tego, żeby ktoś go wysłuchał i wziął go pod uwagę, to uświadamiając sobie swoje potrzeby może przerwać to koło.

Jeszcze raz widzę jak bardzo rodzicielstwo bliskości polega na pierwszym miejscu na ciągłym uczeniu się tego, jak zatroszczyć się o siebie, jak opiekować się sobą, jak brać swoje potrzeby pod uwagę, jak szukać wsparcia innych dorosłych, którzy wysłuchają i zaakceptują.

Ile jest potrzeba, żeby poczuć, że kontrola i posłuszeństwo nie są już dłużej ważne.