Previous
Next

BLOG

nie biegaj, bo nie urośniesz

Miałam napisać o drugim elemencie wpływającym na to, że dzieci mają prawidłową wagę, czyli o ruchu, wysiłku fizycznym itp.

I tym razem również chcę napisać bardziej o systemowych elementach związanych z dostępem dzieci do ruchu niż o wychowaniu.

Temat ruchu jest dość specyficzny ponieważ (teraz sobie pomyślałam, że podobnie jak w przypadku jedzenia) wśród dorosłych, którzy mają na to wpływ, nie ma do końca jasności, czego właściwie dzieci potrzebują.

Co więc przeszkadza dzieciom w tym, żeby miały odpowiednią dawkę ruchu?

  • różne strachy zdrowotne

To według mnie jest przyczyna systemowa a nie indywidualna. Uważaj, bo się spocisz. Nie biegaj, bo upadniesz. Nie wchodź tutaj, bo ci się stanie krzywda. Nieustannie okazuje się, że wysiłek fizyczny i ruch jest dla dziecka zagrożeniem.

Podobnie niebezpieczne dla dzieci wydaje się być czasem wychodzenie na dwór (jak tylko na zewnątrz nie świeci słońce i nie ma odpowiedniej temperatury).

Pisałam jakiś czas temu o tym, że w przedszkolach, z którymi współpracuję dzieci wychodzą na dwór codziennie, bez względu na pogodę. Pod moim tekstem pojawiło się wiele komentarzy o tym, że bardzo trudno jest znaleźć takie przedszkole.

Z tym wiąże się drugi kłopot:

  • wygoda dorosłych

Dzieci, które są stacjonarne, mało się ruszają oceniane są jako grzeczniejsze i “normalniejsze” niż te, które lubią ruch, potrzebują ruchu i chcą o swoje potrzeby zadbać.

Zdarza się, że dzieci są nazywane nadpobudliwymi, bo w wieku kilku lat zamiast układać układanki czy klocki albo oglądać książeczki, chciałyby skakać i biegać.

Dodatkowo kłopotliwe bywa ubieranie dziecka, kiedy jest brzydka pogoda, a także czyszczenie brudnego ubrania – bo dzieci, kiedy się ruszają to przeważnie się brudzą.

  • brak zaufania do dzieci i zadaniowość dorosłych

To kłopot ze zrozumieniem, że dzieciom naprawdę najbardziej potrzebne nie są zorganizowane zajęcia prowadzone przez dorosłych, a jak najczęstsze okazje do swobodnego ruchu, zabawy (zwłaszcza na dworze), wspólnego spędzania czasu w aktywny sposób. Zamiast więc umożliwić dzieciom jak najszerszy dostęp do miejsc, gdzie mogą być fizycznie aktywne, posyła się je na dodatkowe zajęcia, organizuje zawody, zwiększa ilość zajęć wychowania fizycznego w szkole.

To chyba też kłopot z zaufaniem, że dzieci naprawdę wiedzą, kiedy potrzebują ruchu i jakiego rodzaju ruchu potrzebują, żeby się harmonijnie rozwijać. W dodatku wiedzą to lepiej niż jakikolwiek dorosły. Aż szkoda z tej wiedzy nie korzystać.

Z jednej strony:

– Trzeba było w przedszkolach wprowadzić specjalną normę tego, ile dzieci muszą spędzać czasu w ruchu i na dworze, która i tak nie zawsze jest przestrzegana.

– Kiedy dzieci małe chcą się ruszać często słyszą, że teraz nie, bo teraz jest czas na ważniejsze rzeczy: siedzenie w kółeczku, śpiewanie, kolorowanie, wypełnianie zeszytów ćwiczeń. Ruch traktowany jest wyłącznie jako rozrywka i trochę strata czasu. Zdarza się, że jak dzieci już wyjdą na dwór to najlepiej, żeby dalej się “spokojnie” zachowywały.

– Kiedy starsze dzieci chcą się ruszać, mają w szkołach 10 minutowe przerwy między lekcjami a po lekcjach mają iść do domu odrabiać prace domowe… Potrzeba ruchu jest zawsze na ostatnim miejscu. A powinna być na pierwszym, bo bez zaspokojenia potrzeby ruchu bardzo trudno jest się skupić. Pamiętam takie hasło ze szkolnej gazetki “nie biegaj, bo nie urośniesz”.

– Kiedy już dzieci “mogą” się ruszać, to ten ruch traktowany jest bardzo zadaniowo. Dzieci mają określone czynności do wykonania. Rywalizują ze sobą. Są oceniane i rozliczane z tego, jakie mają wyniki. Usłyszałam kiedyś od jednej nauczycielki od WF-u, że celem zajęć fizycznych w szkole jest to, żeby miał kto jeździć na zawody. Otóż nie. Celem zajęć jest to, żeby dzieci się ruszały. Naprawdę. (Tutaj podbudowała mnie propozycja Rzecznika Praw Dziecka, żeby dzieci nie były na zajęciach oceniane ze wyniki. Niestety jak zrozumiałam na razie za trudno jest pomyśleć, żeby nie były oceniane WCALE)

Z drugiej strony coraz więcej mówi się o tym, że dzieci mało się ruszają, że są coraz mniej sprawne fizycznie i że to im bardzo źle robi. Całe to mówienie nie przekłada się jednak w najmniejszym stopniu na to, co się dzieje, kiedy dorośli mają podejmować decyzje dotyczące wspierania tego, żeby dzieci się ruszały.

Coraz mniej też dorośli rozumieją naturalne potrzeby rozwojowe dzieci. Czasem po niektórych rozmowach albo spotkaniach z rodzicami mam ochotę wysyłać wszystkie dzieci na integrację sensoryczną. Nie dlatego, że wszystkie dzieci mają jakieś zaburzenia. Tylko dlatego, że środowisko, które im fundujemy coraz mniej odpowiada ich potrzebom i mało kto to zauważa, bo zawsze są inne “ważniejsze” sprawy.

I jeszcze raz chcę podkreślić, że nie chodzi mi tutaj o uprawianie sportu. A zwłaszcza nie chodzi mi tutaj o sport wyczynowy, który wbrew pozorom, wcale nie jest taki zdrowy. Chodzi mi tutaj o to, żeby dzieci mogły skakać, biegać wspinać się, ile potrzebują i kiedy tego potrzebują.

Naprawdę takie dzieci nie będą cofać się w rozwoju od tego, że za mało “pracują” i “tylko latają”.

Tym bardziej, że ruch jest dla dzieci również najczęściej aktywnością mocno społeczną. Najlepiej ruszać się w grupie.

 

 

za gruby…

Jakoś często ostatnio inspiracją do tego, co chcę napisać lub po prostu do różnych przemyśleń są różne filmy zamieszczane przez moich znajomych na facebooku.

Teraz też tak będzie. Dzisiejszy wpis sponsoruje film z grubym facetem, któremu się przypomina całe jego życie. Ale oczywiście, jak zwykle, nie będę się konceptem tego filmu zachwycać.

Nie będę, bo trochę nie ma czym. Warto mieć świadomość, że ta sama kultura, w której powstaje ogromna większość takich filmów, w której jest ogromne ciśnienie na szczupłą sylwetkę, w której zawstydzanie i wyszydzanie ludzi, którzy więcej ważą jest na porządku dziennym, może się “pochwalić” największym odsetkiem ludzi z naprawdę dużą otyłością (już nie nadwagą).

* jest nawet angielskie określenie na takie działania: fat shaming (czyli zawstydzanie z powodu tuszy)

Moim zdaniem to chyba pokazuje, że takie zawstydzanie kompletnie nie działa.

Tymczasem mam momentami poczucie, że przyjmujemy z zachwytem ten model “propagowania zdrowego stylu życia” przez zawstydzanie i obwinianie ludzi, którzy dużo ważą i oczywiście ich rodziców.

Jakiś czas temu zostałam zaproszona do programu, w którym miałam skomentować polską kampanię społeczną “Jakie matki, takie dziatki”, którą uważam, za równie nieskuteczną i nie w porządku, jak filmy podobne do powyższego. Bo przyczyna tego, że coraz więcej ludzi tak dużo waży jest niezwykle złożona i wieloelementowa. Mogłabym tu długo wymieniać różne elementy, które się na to składają i myślę, że zobaczycie zaraz, że większość tych przyczyn, w ogóle nie leży po stronie rodziców. Może rzeczywiście szczupli rodzice mają więcej narzędzi, żeby siebie i dzieci przed tym ryzykiem chronić, ale to nie jest żaden powód, żeby ich obwiniać.

Chciałabym tu zaznaczyć, że żaden z tych licznych elementów nie determinuje tego, że ktoś będzie za dużo ważył. Nie chodzi mi o pisanie, kto się lepiej zajmuje dzieckiem, a kto gorzej. Chodzi mi tylko o to, żeby pokazać, że kiedy dużo z tych elementów złoży się razem, bardzo trudno jest dalej traktować czyjąś otyłość jako świadomą decyzję jego, lub rodziny.

A więc zaczynamy od samego początku:

  • moda na szczupłą sylwetkę, także w ciąży

Sposób w jaki matka się odżywia w czasie ciąży, zwłaszcza, kiedy je za mało, bo boi się, że za bardzo utyje, przekazuje organizmowi dziecka komunikat o tym, jak dużo pokarmu jest dostępne w środowisku. Jeśli organizm dochodzi do wniosku, że jest głód, uczy się skuteczniej odkładać zapasy.

  • niskie wskaźniki karmienia piersią

O tym w ogóle można by napisać osobny wpis, karmienie mlekiem modyfikowanym nie powoduje nadwagi, ale niestety sprawia, że łatwiej dziecku dawać za dużo jeść. Dodatkowo przez wiele lat siatki centylowe opracowane były w oparciu o przyrosty wagi u dzieci karmionych sztucznie, co powodowało, że dzieci karmione piersią były często oceniane jako niedożywione i z tego powodu odstawiane od piersi i przestawiane na karmienie mlekiem modyfikowanym.

Z karmieniem mlekiem modyfikowanym nadal związany jest wzorzec karmienia na godzinę (a więc taki, w którym dziecko nie uczy się rozpoznawania głodu i sytości).

Przyczyny tego, że większość kobiet w Polsce karmi piersią krócej niż zamierzała też są systemowe, począwszy od tego:

– jak często zdarza się, że kobieta po cesarskim cięciu nie dostaje wsparcia w karmieniu,

– ile dzieci dokarmiane jest w szpitalach, bez zgody rodziców a nawet wbrew ich wyraźnej prośbie (zadałam kiedyś takie pytanie na facebooku – czyje dziecko zostało dokarmione bez wcześniejszej zgody rodziców a nawet wbrew ich prośbie – była cała lawina wpisów),

– jak trudny jest dostęp do fachowej porady laktacyjnych

– jak dużo jest porad dla karmiących mam, które utrudniają im karmienie (przykład pierwszy z brzegu to rozliczne pomysły na to, czego mama karmiąca małe dziecko nie powinna jeść, żeby mu nie zaszkodzić).

Warto również zajrzeć do kodeksu marketingu produktów mlekozastępczych . Moim zdaniem nadal zdarzają się w Polsce jego naruszenia, choć dużo się zmienia.

  • mała wiedza na temat karmienia piersią u specjalistów

I chyba coś co nazwałabym nieświadomością tej niewiedzy, czyli sytuacja, gdy wszyscy lekarze: pediatrzy, ginekolodzy, ortopedzi i wszyscy inni pozwalają sobie na udzielanie porad laktacyjnych korzystającym z ich usług kobietom, choć ich wiedza na temat karmienia piersią pochodzi głównie z ich wiedzy potocznej (można sobie sprawdzić jaką wiedzę na temat karmienia piersią zdobywa student medycyny czy lekarz, jeśli nie zacznie tej wiedzy sam szukać). To mogłaby być tylko taka anegdota, gdyby nie było tak, że mamy między sobą wymieniają się informacjami o tym, przed którym lekarzem ukrywać, że się karmi piersią.

Muszę tu też niestety z przykrością wspomnieć o psychologach, którzy potrafią udzielać porad laktacyjnych, które mnie zadziwiają, a zwłaszcza takich, którzy sugerują, że karmienie piersią powyżej jakiegoś wieku (na przykład roku) zaburza rozwój dziecka.

  • siatki centylowe

O tym będzie osobny wpis, za jakiś czas. Niestety, kiedy rodzice przychodzą do mnie z takim problemem, że mają niejadka i muszą coś z tym zrobić, to w ponad połowie przypadków, pierwsza informacja o tym, że dziecko za mało waży pochodzi od kogoś pracującego w służbie zdrowia.

  • zbyt wczesne rozszerzanie diety

Wiele osób rozszerza dietę dziecku w ten sposób, że idą do sklepu i widzą na słoiku, że się go podaje od 4 miesiąca i kupują, bo ich dziecko już te 4 miesiące ma. Informacje na słoiczkach i kaszkach mówią, że można je podawać od 4 miesiąca, choć aktualne zalecenia mówią, że wszystkie dzieci powinny mieć rozszerzaną dietę dopiero po 6 miesiącu życia (może nowe polskie wytyczne dotyczące rozszerzania diety nareszcie to zmienią).

Zadziwia mnie też niezmiennie jak to rozszerzanie diety jest lekarstwem na wszystko – dziecko za mało waży? zupa, za dużo waży? też zupa.

Kolejnym elementem są reklamy mleka modyfikowanego, które wyraźnie mówią: po 6 miesiącu, kiedy już skończysz karmić piersią (nie jeżeli tylko kiedy)

  • mleko nie wystarczy

Widzę dookoła, że ten komunikat wywołuje w rodzicach wiele obaw i powoduje, że czują się oni zobowiązani do zmuszania dziecka do jedzenia stałych pokarmów, bo przecież samo mleko już nie wystarcza. Od tego zaczynają się często kłopoty z jedzeniem, z niejadkością. I łatwo w takiej sytuacji przejść od “nadmiernej” szczupłości do nadwagi.

To w ogóle mało dostrzegana prawidłowość, że z dzisiejszych niejadków często później wyrastają ludzie, którzy nie czują się dobrze ze swoją wagą.

  • rozpoczynanie rozszerzania diety od słodkich potraw i od węglowodanów

To ta słynna kaszka i deserek, które często są jednymi z pierwszych potraw jakie poznaje dziecko (dodałabym jeszcze słodkie herbatki). Słodkie jedzenie łatwiej wcisnąć, kiedy dziecko nie jest gotowe – właśnie dlatego, że jest słodkie. Podczas, gdy korzystniej byłoby rozszerzać dietę zaczynając od mięsa i warzyw.

Ilości cukru jaka jest dodawana do potraw rzekomo przeznaczonych dla małych dzieci jest zdecydowanie za duża. Dlatego wbrew temu co można często usłyszeć, lepiej dla dzieci jest kiedy jedzą normalne, dorosłe (choć oczywiście zdrowe) jedzenie.

Wielu rodziców jest naprawdę zaskoczona, kiedy mówię, że jednymi z pierwszych warzyw jakie mogą próbować dzieci są: brokuł, fasola szparagowa, soczewica, dynia, bo nadal w powszechnej świadomości są to rzeczy ciężkostrawne i dla starszych dzieci (króluje oczywiście marchewka).

  • nagradzanie dzieci słodyczami (i w ogóle podawanie słodyczy małym dzieciom)

Często to wcale nie rodzice są tymi osobami, które dają małym dzieciom czekoladki, lizaczki i słodkie jogurty. Tylko dobre babcie i dobrzy wujkowie itp. Tutaj na niekorzyść działa tradycja, według której takich “prezentów” nie można nie przyjąć.

Dzieci są nagradzane słodyczami w wielu miejscach (spotykam się nawet z podobnym zaleceniem w niektórych książkach). Zdarza mi się, że rodzice opowiadają, że ich dziecko dostaje cukierka po zajęciach na które chodzi i że bardzo trudno jest się na to nie zgodzić (bo inne dzieci dostają).

Nagrodą jest również tradycyjny polski zwyczaj – deser. Za każdym razem, kiedy mówimy dziecku: jak zjesz kanapkę to dostaniesz ciastko, pokazujemy mu, że ciastko jest nagrodą za zjedzenie kanapki, a więc jest bardziej wartościowe.

  • pocieszanie dzieci słodyczami

Które samo w sobie pewnie nie miałoby jeszcze jakichś dramatycznych skutków, gdyby nie to, że jest połączone z ubóstwem innych sposobów pocieszania. Z tym, że na dzieci wywierana jest presja by z trudnymi emocjami radziły sobie same.

  • zmuszanie dzieci do jedzenia, także w różnych instytucjach sprawujących nad nimi opiekę

Niestety świadomość dotycząca tego, jak działa zmuszanie dzieci do jedzenia jest jeszcze bardzo niska. W wielu miejscach rodzicom, którym na tym zależy, trudno jest wyegzekwować, żeby dziecko nie było zmuszane do próbowania, zjadania wszystkiego co nałożą dorośli, żeby dziecko nie było chwalone za to, że dużo zjadło, nazywane grzecznym dzieckiem. Oraz czasem, żeby nie było nagradzane słodyczami i deserem za zjedzenie obiadu.

  • zawartość talerzy w przedszkolach, gdzie chyba obowiązują jakieś przestarzałe normy (albo nie wiem co)

Można więc podać słodki serek lub posmarowany czekoladą chleb. A kiedy powiedziałam kiedyś na warsztatach, że dzieci mogą sobie same nakładać porcje to usłyszałam o tym, że to nie takie proste, bo sanepid.

  • presja na to, żeby dzieci jadły szybko i bez gadania

Im szybciej człowiek je, tym większa szansa, że zje za dużo.

  • niezbyt szczęśliwe pomysły, stosowane w celu propagowania zdrowego odżywiania

Kierowanie informacji dotyczących zdrowego odżywiania do dzieci, które jeszcze nie podejmują decyzji, co dostaną na obiad. Często pozostających w sprzeczności z tym, czego dzieci doświadczają na codzień.

Nagradzanie dzieci za zjadanie zdrowych rzeczy – wbrew pozorom to powoduje raczej niechęć do tych potraw.

Wprowadzanie obsesji dotyczącej szczupłego ciała już od wieku przedszkolnego. Niepotrzebne diety w zbyt młodym wieku – które rozregulowują układ głodu i sytości.

Wśród czynników, które dokładają się do ilości osób z nadwagą i otyłych w naszym społeczeństwie (wymienianych w różnych publikacjach) jest też:

  • obecność różnych nowoczesnych substancji w naszym życiu (takich jak np. farby i teflon),
  • czynniki, które wpływają na nietypowy skład flory bakteryjnej w jelitach (te bakterie trawią pokarm i dzięki nim mniej lub więcej jedzenia trafia do krwiobiegu)
  • niedobór snu, który rozregulowuje rozpoznawanie głodu
  • ogólny strach przed niedożywieniem i niedoborami obecny w naszej kulturze i strach przed głodem (wielu rodziców tak karmi dzieci, żeby zjadły zanim zaczną być głodne, zamiast poczekać aż zasygnalizują głód)

 

Chciałabym jeszcze napisać o różnych elementach, które zniechęcają dzieci do ruchu, bo to też bardzo ważne. Ale to już chyba materiał na osobny wpis.

o władzy i o adaptacji

Nie przepadam za władzą rodzicielską. Bardzo podobała mi się sugestia, żeby w ogóle zrezygnować z używania tego określenia i zastąpić władzę, pieczą rodzicielską.

Nie przepadam za sytuacją, kiedy rodzice nadużywają swojej władz, a jednak dzisiaj napiszę o prawach rodziców od innej strony. Bo jest coś, co bardzo mi przeszkadza.

Przyjęło się, żeby patrzyć na władzę rodzicielską w kontekście relacji rodzica z dzieckiem. Czyli tego, co rodzic może, albo nie może zrobić dziecku, żeby uzyskać pożądany przez niego skutek. Jednak to zagadnienie ma również drugą stronę. To odpowiedź na pytanie, jak bardzo inne osoby, poza rodzicami mają prawo mówić im, jak mają sprawować opiekę nad swoimi dziećmi, jak mają budować swoje relacje, jak powinni reagować na różne zachowania dzieci.

I okazuje się, że dużo łatwiej jest rodzicom zatroszczyć się o swoje prawa w ich kontaktach z dziećmi, niż w kontaktach z innymi dorosłymi, zwłaszcza takimi, którzy występują jako przedstawiciele różnych instytucji.

Mogłabym napisać tutaj na przykład o przedmiotowym traktowaniu rodziców podczas narodzin dziecka, albo w ogóle o traktowaniu rodziców przez służbę zdrowia, ale czas jest taki, że napiszę o adaptacji i o przedszkolach głównie.

To prawda, że prawa rodziców mają swoje granice. Rodzic ma obowiązek wykorzystywać je z poszanowaniem potrzeb i godności dziecka. Ale jednak rodzic te prawa ma. W dodatku gwarantuje mu je nasza Konstytucja. Więc to nie byle co.

Rodzice mają prawo wychowywać dzieci w zgodzie z własnym systemem wartości. Nawet jeśli ich system wartości jest inny niż statystyczna średnia.

Więc jeżeli w systemie wartości rodziców nie mieści się to, że ktoś odrywa od nich dziecko na siłę, że dziecko jest okłamywane, że jest zawstydzane i krytykowane za to, że tęskni, to nikt nie ma prawa tego od nich oczekiwać. A zwłaszcza nie ma prawa tego wymagać nikt, komu rodzice płacą za opiekę nad dzieckiem (dotyczy to także tych miejsc, gdzie rodzic płaci za opiekę częściowo przez to, że płaci podatki).

Napisałam bardzo ostro i jestem tego świadoma. Nie napisałam jednak tego przeciw nauczycielom. Oni też mają swoje prawa. Prawo do szacunku i do tego, żeby wykonywać swoją pracę najlepiej jak potrafią. Są też takie obszary, w których to nauczycielki w przedszkolu decydują jak pracują, jak wygląda organizacja ich pracy, jakich zasad się trzymają – rodzic może przyjąć ich ofertę albo poszukać innej.

Ale na pewno obszarem decyzji nauczyciela ani żadnej innej osoby nie powinno być:

  • jak długo dziecko żegna się z rodzicem
  • czy płacze przy tym, albo co mówi do rodziców
  • co rodzic mówi do dziecka
  • po ilu godzinach rodzic przychodzi po dziecko (mówię tu o sytuacji, kiedy panie nalegają, żeby to było dłużej niż rodzic chce)
  • czy panie wypuszczą dziecko do rodzica, który czeka w szatni, jeśli wcześniej obiecały dziecku i rodzicowi, że to zrobią

Żadnym argumentem nie jest też to, że inne dzieci płaczą, rozstają się a rodzice wychodzą w pośpiechu i co one sobie pomyślą. Jeśli to ważne, żeby się dobrze czuły to może jednak warto się z nimi rozstać inaczej?

Współpracuję z kilkoma przedszkolami. Dodatkowo mam kontakt ze sporą grupą rodziców, którzy przychodzą do mnie z różnymi pytaniami dotyczącymi adaptacji i mogę powiedzieć, że lista przyczyn, które powodują, że dziecko ciągle nie może się zaadaptować mimo upływu czasu, jest dość prosta.

  • ktoś powiedział dziecku, że mama będzie czekać, a potem mama wyszła i dziecko zobaczyło, że jej nie ma
  • mama powiedziała, że jak dziecko poprosi panią, żeby pójść do mamy, to będzie to mogło zrobić i okazało się, że pani tego nie zrobiła
  • rodzic obiecał, że przyjdzie za godzinę a przyszedł za dwie
  • dziecko bawiło się świetnie przez dwie godziny, ale rodzic zamiast je wtedy zabrać, przyszedł po czterech godzinach, kiedy dziecko już od godziny płakało i przez to dziecko pamięta z przedszkola głównie to, jak mu było trudno
  • rodzic oczekiwał od dziecka, że zostanie samo z kompletnie obcymi osobami, a ono nie było gotowe i następnego dnia już w ogóle nie chce iść do przedszkola
  • panie oderwały dziecko od rodzica na siłę, dzięki czemu dziecko doszło do wniosku, że to nie są osoby, które są wrażliwe na jego potrzeby
  • rodzic obiecał, że przyjdzie, ale obiecał też, że w przedszkolu będzie super zabawa i okazało się, że jest trudno – dziecko nie wie, w którą obietnicę wierzyć
  • dziecko potrzebowało czasu, żeby się pożegnać i nie dostało tego czasu i teraz nie umie sobie poradzić z emocjami a pani jeszcze nie zna i nie ufa jej
  • dziecko miało wcześniejsze doświadczenia separacji, w których coś się nie udało i teraz nie wzięto tego pod uwagę
  • dziecku było smutno w przedszkolu i nikt się tym nie zainteresował
  • dziecko na początku czuje się w przedszkolu dobrze, ale kiedy widzi jak inne dzieci płaczą, są odrywane od rodziców, albo są oszukiwane zaczyna wątpić w to, że to bezpieczne miejsce

Oczywiście są dzieci, które i tak się zaadaptują. Które nie mają żadnego problemu z rozstaniem. Które tak polubią, którąś panią, że od razu czują się przy niej bezpiecznie.

Są także dzieci, które się nie adaptują, ale zostają w przedszkolu, bo widzą, że nie mają innego wyjścia. Albo zaczynają radzić sobie ze stresem w ten sposób, że dużo chorują. I ostatecznie okazuje się, że lepiej było posiedzieć te kilka dni dłużej z dzieckiem na początku, niż teraz co dwa tygodnie siedzieć z nim na zwolnieniu lekarskim.

Są też nauczyciele, którzy nie śpieszą się z adaptacją. Tacy, którzy sami pilnują, żeby mama dotrzymywała słowa, nie znikała ukradkiem, nie mówiła dziecku, że jest niegrzeczne, bo płacze. Tacy, którzy sami proponują dziecku, że może się przytulić, jak jest gotowe. Mogłabym tutaj długo wymieniać. Są to też nauczyciele, którzy robią to wszystko z szacunkiem do dziecka i do rodzica. Organizują spotkania dotyczące adaptacji dzieci, mówią rodzicom o potrzebach dzieci, starają się, żeby rodzice współpracowali z nimi rozumiejąc, jakie są powody takiego lub innego postępowania a nie dlatego, że “pani trzeba się słuchać”.

Jednak jest też wiele miejsc, które zmieniają swoje zasady dotyczące adaptacji pod wpływem kontaktów z asertywnymi rodzicami. Więc warto być asertywnym.

 

 

o wilku (a może o wilczycy)

– Czy człowiek może być odważny, kiedy się boi?

– To jedyna sytuacja, kiedy człowiek może być odważny.

Gra o tron (mniej więcej)

Odwaga jest wtedy, kiedy jest strach. Jest działaniem mimo strachu. Kiedy strach jest nieobecny, nie nazywamy tego odwagą. Po prostu człowiek robi swoje.

(więcej…)

skin to skin

Obiecałam jakiś czas temu, że napiszę tutaj o kontakcie skóra do skóry i o pierwszym kontakcie z dzieckiem i chcę teraz dotrzymać obietnicy. Pomyślałam też, że to dobra okazja, żeby na tym przykładzie napisać o pewnym mechanizmie, który czasem utrudnia rodzicom korzystanie z wiedzy o rozwoju dzieci, z jaką się spotykają.

To jest, albo powinien być, przedmiot ogromnej troski wszystkich specjalistów. Żeby z jednej strony jasno i wprost pisać i mówić o wadach i zaletach różnych rozwiązań i działań w kontakcie między dzieckiem i (więcej…)

coś się kończy i zaczyna…

Wróciłam z kolejnego obozu rodzinnego. Przez prawie trzy tygodnie z małą przerwą w środku żyłam NVC, Rodzicielstwem Bliskości i Uważnością.

Uczyłam się być wdzięczna za wszystko a zwłaszcza za to, co trudne.

Gadałam, byłam z ludźmi i chodziłam późno spać.

(więcej…)

jak coś nie działa, nie rób tego więcej

Napisałam o tym, że nic mi do tego, że ktoś postępuje w swoim życiu inaczej, niż ja bym postąpiła w analogicznej sytuacji.

I naprawdę tak jest.

Zdarza mi się czasem, że ktoś mnie pyta o to, jak to jest, jak taki psycholog idzie między ludzi. Czy ja każdego człowieka tak diagnozuję i analizuję (to takie bardzo potoczne wyobrażenie pracy psychologa).

(więcej…)

wojna

Dużo już o tym napisano.

Że są, że nie powinny. Że zamiast się wspierać, to kobiety sobie dowalają nawzajem. Że trudno czasem wyjść na spacer albo wejść do internetu, żeby nie znaleźć się w środku awantury.

Wygląda na to, że rodzicielstwo budzi w nas zaciekłą chęć bronienia swojego sposobu wychowania. Tak zaciekłą, że posuwającą się nawet do (więcej…)

rodzicielstwo bliskości po męsku

Czyli dla facetów i ojców. Jak chcą poczytać. I dla kobiet, jeśli są zainteresowane.

Zaznaczając, że poniższy wpis jest efektem wielu przemyśleń i na pewno za jakiś czas pojawią mi się kolejne. To jest więc tylko stan na dziś.

Przede wszystkim jestem bardzo przywiązana do tego, że mówi się rodzicielstwo bliskości, a nie, jak zdarzyło mi się kilka razy usłyszeć – (więcej…)

dlaczego wychowuję do nieposłuszeństwa

Małgosia Musiał napisała bardzo ważny tekst o tym, że w wychowaniu są ważniejsze rzeczy niż posłuszeństwo. Dlaczego nie wychowuję do posłuszeństwa. Bardzo cenię to, co pisze Małgosia i często mi się zdarza w duchu “wykrzyknąć”: genialnie, świetnie, że ktoś o tym napisał, całym sercem jestem za.

Tym razem jednak, choć tekst bardzo mi się podobał, poczułam parę razy, że chciałabym coś od siebie dodać, uzupełnić, rozszerzyć. Może komuś przyda się i takie spojrzenie. Choć przyznam uczciwie, że mi samej dość dużo czasu zajęło dojście do poniższych wniosków. Że to, o czym chcę napisać, musiałam wielokrotnie poczuć na własnej skórze, żeby naprawdę uwierzyć.

(więcej…)