Previous
Next

BLOG

zasady, reguły, zakazy, nakazy…

A może wskazówki, prośby, informacje, decyzje?

Inspiracją do tego tekstu były liczne fotografie zasad obowiązujących w różnych miejscach – szkołach, przedszkolach, domach a także wypowiedzi moich czytelników z facebooka.

Zasady jawne i ukryte. Czy zasada to jest tylko to, co nazwiemy zasadą?

Są zasady, które są jawnie formułowane. Wszyscy się na nie umawiają, albo negocjują je. W przedszkolach na przykład są zasady typu: nie bijemy się, mówimy przepraszam. Są też jednak zasady, których nikt nie nazywa głośno. Choćby dlatego, że nie da się ich wszystkich nazwać – bo jest ich ogromna ilość – oraz dlatego, że nawet dorośli, bywa, że ich sobie nie uświadamiają (póki ktoś takiej zasady nie złamie). Na przykład w większości miejsc, które znam jest taka zasada, że ludzie nie piją z podłogi, tylko z kubków. Jest też taka zasada, że jeśli ktoś będzie robić sobie krzywdę, to inni będą próbowali go powstrzymać.

To nieprawda, że ludzie (także dzieci) mogą przestrzegać tylko zasad, które są jawnie ustalone. Że bez słownej instrukcji, dzieci nie odczytają obowiązujących zasad. Robią to nieustannie, choć zdarzają się sytuacje, kiedy dziecko ma trudności z odczytaniem niektórych z nich.

Jawnie ustalone zasady nie muszą mieć formy nakazów i zakazów. Mogą być na przykład sformułowane w języku informacji:

  • tutaj jest miejsce, gdzie odstawiamy naczynia
  • do przedszkola przychodzimy w ubraniu
  • przedszkole, to jest miejsce gdzie dzieci spędzają czas bez rodziców
  • jak komuś się nie podoba to, co ktoś inny robi, może o tym powiedzieć
  • jak ktoś potrzebuje pomocy, może o nią poprosić
  • tutaj uczą się dzieci i potrzebują ciszy
  • jeśli zaniesiesz talerz do pokoju, może go brakować, kiedy będziemy chcieli jeść

To są informacje, które rzadko są nawet traktowane jako zasady, ale zobaczcie, że często próbuje się dokładnie te same efekty uzyskać za pomocą: musisz, powinieneś, nie wolno.

Pewnym odpowiednikiem zasady może być, oprócz jakiejś informacji, jasno sformułowana prośba: “jeśli chcesz, żebym pomogła ci zdjąć buty to mi o tym powiedz”, “chciałabym, żebyś najpierw poczytał zanim zaczniesz grać”.

Po co są zasady?

Bycie w pewnej grupie ludzi, nawet dwuosobowej, sprawia, że ludzie czasami chcą sobie uprościć życie. Dlatego, żeby nie negocjować za każdym razem wzajemnych różnic umawiają się na coś wspólnie.

Poza tym, ludzie (dzieci też) do pewnego stopnia potrzebują struktury i przewidywalności. Lubią wiedzieć w jakich ramach się poruszają. Mają swoje przyzwyczajenia, zwyczaje, nawykowe sposoby, za pomocą których radzą sobie z pewnymi sytuacjami.

Zasady są pewną strategią na zaspokojenie albo wzięcie pod uwagę potrzeb jakiejś społeczności. Dlatego warto, żeby ta społeczność była cały czas wrażliwa na to, czy nadal te strategie są skuteczne i czy uwzględniają potrzeby wszystkich.

(Są też zasady, których przyjęcie nie wynika z decyzji konkretnej osoby lub osób, a raczej z praw fizyki. Są to zasady jakie rządzą otaczającym nas światem i nami, niezależnie od naszej woli a nawet świadomości.)

Czy może nie być żadnych zasad?

Przy takiej szerokiej definicji zasad, jaką przyjęłam powyżej, raczej nie. Zawsze są zasady fizyki. Chyba też nie jest możliwe, żeby nie było zasad zwyczajowych. Wprawdzie nie wypowiadanych głośno i może nawet nieuświadomionych, ale stosowanych przez wszystkich członków rodziny, czy jakiejś społeczności.

W każdej rodzinie są zasady dotyczące bezpieczeństwa, są obyczaje, które określają tą rodzinę. Każdy członek rodziny ma jakieś swoje utrwalone zachowania, upodobania itp.

To są zasady, których nikt nie formułuje, nikt nie wypowiada, bardzo często nikt nie egzekwuje, albo dzieje się to bardzo subtelnie. A jednak wszyscy je znają i zazwyczaj podporządkowują się. Dzieci obserwują rodziców i naśladują je.

Dlatego warto być ostrożnym z mówieniem, że gdzieś nie ma zasad, bo przeważnie oznacza to: te zasady są inne niż u mnie, albo te zasady nie są sformułowane jawnie. Albo te zasady nie są egzekwowane, tak jak u mnie.

Czy może być zbyt mało zasad? Albo zbyt dużo?

Kiedy zasad jest za mało, ludzie czują to i tworzą kolejne. Nie wydaje mi się więc, aby był to realny problem. Dużo częściej kłopot polega na tym, że zasad jest zbyt dużo, że są niektórym członkom rodziny narzucane siłą. Zdarza się też, że zasady są niezrozumiałe dla kogoś z rodziny, albo ktoś nie jest w stanie ich przestrzegać. Może się też zdarzyć tak, że jakaś zasada nie uwzględnia potrzeb wszystkich członków rodziny. Na przykład jest zasada, że przy stole trzeba siedzieć aż wszyscy zjedzą, a jest to niewykonalne dla ruchliwego trzylatka.

Czasem sytuacja, gdy nie ma zasady na jakiś obszar zachowań, albo zasadą jest uwzględnianie zdania lub potrzeb dzieci powoduje, że ktoś myśli, że w rodzinie nie ma zasad.

A co, kiedy jesteśmy poza domem? W większej grupie? W szkole czy przedszkolu?

Im większa grupa tym większa potrzeba, żeby umówić się na pewne rzeczy. Jednak im większa grupa, tym też więcej sytuacji, w których trzeba sprawdzać, czy zasady, które przyjęła grupa służą wszystkim jej członkom.

Dzieci najczęściej dużo szybciej i mocniej pokazują, że jakieś zasady im nie służą – poprzez swoje zachowanie. Zachowują się tak, jakby nie rozumiały, o co inni je proszą. Łamią zasady po kryjomu. Albo przestrzegają zasad, ale reagują na to dużym napięciem.

Jak dziecko radzi sobie z tym, że w różnych miejscach są różne zasady?

To jest tak powszechna sytuacja, że dzieci muszą mieć jakieś mechanizmy, żeby sobie z tym poradzić. Nie jest możliwe, żeby wszędzie były takie same zasady. Skoro u Jasia można wchodzić na krzesła, a u Agaty nie, to jak mają sobie poradzić rodzice, gdy Agata idzie w gości do Jasia lub odwrotnie? Mogą tylko zaakceptować to, że w każdym domu i rodzinie zasady będą trochę inne. A w przedszkolu albo szkole? Tam też niemożliwe jest, żeby zasady były takie same jak we wszystkich domach u wszystkich dzieci.

Czasem przedszkola zwłaszcza próbują radzić sobie z tą “niekonsekwencją” w taki sposób, że zachęcają rodziców do tego, żeby wprowadzili u siebie w domu te same zasady, które obowiązują w przedszkolu, “żeby dziecku było łatwiej”. Można tutaj by dyskutować, na ile rodzice mają prawo sami decydować, co się sprawdza u nich w domu, na ile dzieci potrzebują stabilności i bezpieczeństwa swojej rodziny. Chciałabym tylko pokazać, że to nie rozwiązuje sprawy, bo dzieci zaczynają bywać w coraz większej ilości miejsc. I co wtedy?

Tymczasem już 2-3 letnie dzieci rozumieją, że zasady mogą być różne w różnych miejscach, bo tak się ludzie umówili. Są zasady szczególnie związane z miejscem: w autobusie kasujemy bilet, w teatrze na przedstawieniu jesteśmy cicho.

Jak zrobić żeby zasady nie były władzą grupy, ani dorosłego?

To bardzo cenna zasada, że każdy ma prawo autonomicznie przyjąć obowiązujące zasady oraz wypowiadać się w ich sprawie. Może powiedzieć, że nie da rady przestrzegać danej zasady, albo, że się postara.

Warto dbać o to, żeby unikać zasad, które są formułowane imiennie dla jednej osoby – chyba, że ta osoba sama dla siebie chce jakąś zasadę mieć (ale wtedy najczęściej nie ma potrzeby, żeby tą zasadę jakoś spisywać itp.). Może się okazać za trudne to, że obowiązuje zasada: Jaś nie pluje na innych. Może zamiast tego warto się umówić, że nikt na nikogo nie pluje?

Kiedy zasady nie są formułowane otwarcie i “oficja lnie” najczęściej sposobem okazania, że jakaś zasada nie działa, jest zachowanie ludzi, którzy są w danym środowisku. Małe dziecko może też swoim zachowaniem pokazywać, że nie rozumie danej zasady, albo nie jest w stanie jej przestrzegać.

Czasem, kiedy rzecz się dzieje “na zewnątrz” rodzice biorą na siebie odpowiedzialność za przestrzeganie jakiejś zasady przez dziecko. Np. w sklepie nie zrzucamy z półek jedzenia. A raczej mają taką zasadę, że w sklepie pilnują dziecko, żeby nie zrzucało jedzenia z półek.

Czy można dziecku nie narzucać żadnych zasad?

W sposób świadomy można się zdecydować na odejście od nakazowo, zakazującego stylu wychowania. Nie karać, nie nagradzać. Nie mówić “nie wolno”. Jednak nie znaczy to, że dziecko nie przejmie różnych zasad od swoich bliskich. Mało tego, jest nawet szansa, że takie autonomiczne dziecko będzie chętniej przestrzegać różnych zasad, naśladować członków rodziny, włączać się w ich działania. Powiedziałabym nawet, że dzieci w ten sposób godzą się na niesamowicie dużo zasad.

Kiedy zasady nie są narzucane siłą, jest też najczęściej dużo łatwiej wyrażać prośby. Kiedy ludzie są otwarci na to, że druga strona powie “nie”, dużo częściej zdarza się, że słyszą “tak”.

Zasady w postaci umów. Czy zasady można negocjować? Czy można się z dzieckiem umówić na jakąś zasadę?

Pewnie, że można. Warto tylko patrzeć, na ile umowa była dobrowolna i świadoma ze strony dziecka. Czy dziecko wyobrażało sobie, co będzie się działo, kiedy będzie miało dotrzymać umowy? Czy zgodziło się dlatego, że wiedziało, że rodzicowi bardzo zależy na zgodzie?

Warto jednak uważać na umowy, które warunkują przestrzeganie jakiejś zasady przez jedną stronę tym, że druga strona coś zrobi, czyli: będę dla ciebie miła, pomogę ci, przytulę jak zrobisz to i to. Takie sposoby rzadko się sprawdzają w bliskich relacjach, bo wprowadzają do nich element transakcji, oraz blokują dziecku dostęp do zaspokojenia jego podstawowych potrzeb.

Zasady typu: jak zrobisz to, co ja chcę, to wtedy ci coś dam powodują, że w oczach dziecka to, co ma zrobić traci na wartości a to, co dostaje, zyskuje wartość. Dlatego zasada: “dam ci coś słodkiego, jak mi pomożesz” powoduje, że dziecko pomaga tylko po to, żeby zdobyć to, co ma dla niego “prawdziwą” wartość czyli słodycz. Nawet jeśli wcześniej było skłonne pomagać z życzliwości.

Jak wspierać dzieci w przestrzeganiu zasad?

Warto uświadomić sobie czyje i jakie potrzeby ma zaspokoić dana zasada. Nawet jeśli nie mówimy tego dziecku. Najczęściej dużo prościej jest, jak z propozycją zasady wychodzi ten, kto chce zadbać o swoje potrzeby i formułuje ją w języku osobistym.

Czyli nie mówi: “nie wolno”, “tak się nie robi” tylko: “nie chcę”, “nie lubię”, “chciałbym”, “proszę cię”.

Warto też uświadomić sobie, kto tak naprawdę jest odpowiedzialny za realizację danej zasady. Na przykład zasada: “dzieci jedzą deser tylko po obiedzie” jest tak naprawdę zasadą dla dorosłego: “dam ci deser dopiero jak zjesz obiad” i to dorosły jest odpowiedzialny za jej przestrzeganie.

W relacjach między dorosłymi i dziećmi dużo jest takich zasad, które tak naprawdę określają zachowanie dorosłych. Zdarza się, że dorośli próbują ukryć swoją odpowiedzialność i mówią, że to są konsekwencje zachowania dziecka, podczas, kiedy jest to raczej decyzja dorosłego.

Co, kiedy ktoś łamie zasadę?

Czasami spotykają go naturalne konsekwencje. Jeśli ktoś spróbuje chodzić po kałuży bez kaloszy, to po prostu będzie miał mokre nogi.

W jaki sposób egzekwowane są zasady? Czy można komuś narzucić siłą przestrzeganie jakiejś zasady?

Tutaj trochę okazuje się, jaka była natura przyjętych zasad. Czy było to polecenie i nakaz czy raczej wskazówka, informacja i struktura. Informacje i wskazówki, oraz prośby nic nie tracą na tym, że ludzie się mylą, zmieniają zdanie, próbują innych strategii.

Może być tak, że dorosły też raz na jakiś czas złamie swoją zasadę. To się zdarza.

Jeśli to się zdarza często, to może warto przemyśleć zasadę, bo to może być znak, że zasada nie wspiera jej użytkowników.

Czasem uważa się, że aby zasada była poważna, trzeba zrobić wszystko, żeby dziecko musiało jej przestrzegać. Nie do końca jest to możliwe, bo jeśli dziecko nie chce przestrzegać jakiejś zasady, to ją złamie (albo nie potrafi jej przestrzegać). Najczęściej dzieje się tak wtedy, kiedy zasada nie uwzględnia potrzeb dziecka. Ale może to też oznaczać, że dziecko się uczy i potrzebuje wielu prób i czasu.

Możemy na przykład mieć taką zasadę w domu, że nie krzyczymy na siebie. Ale może się okazać, że mimo dobrych chęci czasem ktoś tą zasadę złamie, że mu się nie uda.

Wtedy przydaje się wybaczenie i umiejętność zaczynania od nowa.

Jakie zasady wspierają życie?

Nie podejmuję się odpowiedzi na takie pytanie. Tym bardziej, że to może się zmieniać w danej rodzinie czy społeczności wiele razy. Może się okazać, że zasada, która świetnie działała miesiąc temu, dzisiaj już nie spełnia swoich zadań. Warto być na to wrażliwym.

Warto być też wrażliwym na to, czy zasada uwzględnia potrzeby wszystkich i czy uwzględnia możliwość wyrażania swoich potrzeb.

Czyli, czy z przyjętych zasad nie wynika, że ktoś ma mniejsze prawo do tego, żeby zakomunikować, że jest mu źle, ciężko, że potrzebuje pomocy, że jest niezadowolony.

Dlatego nie mam przekonania do “pozytywnych” zasad, które czasem spotykam: “wybaczamy sobie”, “przytulamy się”, “kochamy się”, “uśmiechamy do siebie”. Chciałabym, żeby ludzie mieli autonomię w tym, kiedy kochają, wybaczają czy przytulają.

Kto może ocenić czy zasada wspiera życie i uwzględnia potrzeby wszystkich zainteresowanych?

Często to dorośli, rodzice pełnią rolę osób, które sprawdzają czy zasady wspierają wszystkich. Choć dzieci bywają czasem zaskakująco czujne i spostrzegawcze.

Czy można za pomocą zasad opisać całość relacji społecznych?

Z pewnością nie. A może raczej zasady, które obowiązują w relacjach społecznych nie zawsze dają się opisać prostymi zdaniami. Ludzie bywali w relacjach i w grupach na długo zanim nauczyli się mówić i dawali sobie świetnie radę.

ile to jest długo? cz.II

To jest druga część wpisu o długim, dłuższym niż średnia, karmieniu piersią.

Chciałam zacząć od tego, co pisałam ostatnio, że patrzenie na różne sytuacje, posiadanie wśród dalszych i bliższych znajomych ludzi, którzy się w określony sposób zachowują zapoczątkowuje w ludziach zmianę – zaczynają spostrzegać to, co do tej pory wydawało im się dziwne, wyjątkowe, niezrozumiałe jako coś typowego, normalnego, zwyczajnego.

Do uruchomienia takiego procesu czasem nie trzeba dużo. Myślę, że już samo czytanie tej ogromnej liczby komentarzy  (na facebooku i pod poprzednim wpisem) od mam karmiących piersią swoje 2 letnie i starsze dzieci spowodowało, że takie karmienie może budzić mniej zdziwienia.

Mnie samej po przeczytaniu tych komentarzy coraz mniej wydaje się, że pięć lat to długo 😉 Jestem więc za nie wdzięczna.

Niestety jest też proces działający w drugą stronę – w kierunku przekonywania ludzi, że karmienie piersią przeznaczone jest tylko dla niemowląt, malutkich dzieci, dla tych dzieci, które jeszcze nic innego nie mogą jeść. To przekonanie nie ma podstaw merytorycznych a jedynie kulturowe. Nie bierze pod uwagę istnienia długiego okresu przejściowego, w którym jedzenie stałych pokarmów odbywa się równolegle z karmieniem piersią.

Druga bardzo ważna rzecz, o której chcę napisać, to wsparcie ze strony otoczenia. Pozytywny stosunek do karmienia piersią dziecka, które przestało być niemowlakiem bardzo pomaga karmiącej kobiecie. A najważniejszym elementem tego otoczenia jest tata dziecka, partner mamy. Jego wspierająca postawa jest ogromnie istotna na początku karmienia, ale kiedy karmienie się nie kończy po kilku miesiącach, nadal ogromnie ważne jest to, czy partner akceptuje to, że dziecko jest karmione piersią, czy czuje się z tym dobrze, czy szanuje decyzję kobiety i dziecka.

Bycie facetem kobiety karmiącej piersią dłużej niż przewidują oczekiwania otoczenia nie jest proste. Nierzadko spotykam się z sytuacją, kiedy matka jest tak pewna swojej decyzji co do karmienia (lub jest odbierana jako bardzo pewna), że zaniepokojona rodzina i znajomi postanawiają skupić przekonywanie o szkodliwości karmienia piersią TAKIEGO dużego dziecka na tacie. Pewnie w nadziei, że jeśli jego uda się przekonać, że dziecku dzieje się krzywa, to całe karmienie się skończy.

***

Jest tu chyba pewne zderzenie między jawnymi deklaracjami a ukrytymi przekazami naszej kultury. Bo z jednej strony, każdy człowiek ma prawo do własnych granic, do decydowania o tym, co się dzieje z jego własnym ciałem, a z drugiej strony kobieta ma tego prawa jakby trochę mniej.

Tak właściwie to często po sposobie w jaki się mówi i pisze na ten temat, można dojść do wniosku, że piersi kobiety nie należą do niej. Tata wypożycza je dziecku, tata pozwala dziecku z nich korzystać. Tata odzyskuje piersi swojej kobiety, kiedy ta przestanie karmić piersią, albo się nimi z dzieckiem dzieli.

Bardzo możliwe, że jest to częściowo pozostałość po czasach, kiedy uważano za szkodliwe uprawianie seksu przez kobietę karmiącą piersią. Wtedy popularne były mamki, bo przerwanie karmienia przez kobietę rzeczywiście wiązało się z tym, że mężczyzna “odzyskiwał” do niej dostęp.

Nic dziwnego, że powstają sytuacje, gdy okazuje się, że społeczeństwo oczekuje od mężczyzny, że to on zawalczy o swoją “własność”, przy okazji ratując dziecko od zguby.

***

Chciałabym teraz napisać trochę o konkretach, czyli o zastrzeżeniach, jakie pojawiają się do karmienia piersią starszych dzieci i wątpliwościach dotyczących rzekomej szkodliwości tego karmienia.

Pojawiają się więc wątpliwości, czy tak długie karmienie nie wycieńcza kobiety, czy to nie jest tak, że ona na tym cierpi, męczy się a nie potrafi odmówić.

Myślę, że jest tu też ukryte takie założenie, że to nie matka świadomie decyduje o tym, że nadal będzie karmić swoje dziecko, ale jest do tego przez to dziecko przymuszona (bo przecież niemożliwe, żeby ktoś tego chciał).

Oczywiście równocześnie padają zarzuty, że kobieta karmi tak duże dziecko dla własnej przyjemności i zaspokaja w ten sposób własne potrzeby.

Zacznę od pierwszej kwestii. Nie każdy poświęcenie traktuje tak samo i nie dla każdej kobiety koszt karmienia 2,3 czy 4 latka jest taki sam.

Myślę, że wiele niepokojów związanych z karmieniem kilkulatków wiąże się z tym, że ludzie przekładają to, co znają (jak wygląda karmienie niemowlęcia), na to czego nie znają. Wyobrażają sobie dziecko, które na okrągło pije mleko, dostaje je na każde żądanie. Czasem też można się spotkać z sugestią, że tak duże dziecko powinno już gryźć, pić z kubka itp. Tylko, że kilkulatek karmiony piersią je normalne stałe pokarmy, gryzie, pije z kubka. Mleko nie jest jego jedynym pożywieniem.

Karmiąc piersią dziecko kilkuletnie można pić alkohol (warto tylko pić z umiarem i zadbać o przerwę między piciem a kolejnym karmieniem).

Można wyjść wieczorem z domu, można wyjechać na noc, a nawet na weekend. Dziecko doskonale rozumie, że jeśli nie ma mamy, to nie ma też piersi. To czy 2 latek zostanie z tatą czy babcią na noc lub na 2 dni nie zależy od tego, czy jest karmiony piersią, a raczej od jego relacji z osobą, z którą zostaje i jego gotowości na takie rozstanie.

Można spać bez dziecka. Nie wszystkie kilkulatki karmione piersią jedzą w nocy i nie wszystkie śpią z rodzicami. Jest wiele takich, które karmienia używają tylko do zasypiania, albo tylko do zasypiania i na dzień dobry. (Są też oczywiście takie, które są karmione częściej i takie, które zaczynają chcieć dużo więcej mleka, kiedy na przykład są chore.)

Można też oczywiście karmiąc piersią pracować. Dziecko karmione piersią można zostawić pod opieką niani lub babci. Może też takie dziecko chodzić do żłobka czy do przedszkola. O tym, że karmienie piersią nie przeszkadza w żłobku pisała Hafija.

Można dbać o siebie. Można się zdrowo odżywiać – dla siebie, nie tylko dla dziecka. Można też czasami zjeść coś “niezdrowego”.

Wysiłek organizmu kobiety na produkcję mleka jest też zupełnie inny, niż kiedy dziecko było karmione kilkanaście razy na dobę i nie jadło nic poza mlekiem.

Kilkulatka karmionego piersią można też od tej piersi odstawić, kiedy jest taka potrzeba. Przekonanie o rzekomej łatwości w przypadku odstawiania młodszych dzieci wiąże się trochę z tym, że takie większe dziecko jaśniej komunikuje swoje odczucia związane z sytuacją. Jest też bardziej sprawne fizycznie więc sięga po pierś, mówi, że chce mleka itp.

***

A teraz będzie o zaspokajaniu potrzeb. Potrzeb dwojakiego rodzaju. Związanych z bliskością i związanych z seksualnością.

Rzeczywiście w relacji matka-dziecko, rolą dziecka nie jest zaspokajanie potrzeb matki. Ono ma prawo usamodzielniać się i oddalać. Do tego celu musi trochę “zlekceważyć” jej potrzeby i obawy, żeby się od mamy (i taty) po trochu uniezależniać.

W naszej kulturze dużo bardzo jest przekazów o tym, jakie to powinności dzieci są zobowiązane rodzicom i jak to dzieci powinny odkładać na bok swoje potrzeby, żeby rodzicom było miło i żeby okazać im wdzięczność.

Nie wiem skąd pomysł, że akurat dziecko karmione piersią bardziej jest używane do takiego celu niż to nie karmione.

Chciałabym, żeby opinia publiczna bardziej zajmowała się babciami i ciociami całującymi na siłę małe dzieci, miejscami, gdzie oczekuje się od dzieci, że rozstaną się z mamą czy tatą z minuty na minutę i zrobią grzecznie pa, pa. I w ogóle całym konceptem “grzecznego dziecka”.

Natomiast na pytanie o to, jak długo dziecku potrzebna jest fizyczna i emocjonalna bliskość opiekuna odpowiedź brzmi – dużo dłużej niż to się większości wydaje. Teksty o tym, jak to roczne, półtoraroczne dziecko ma się usamodzielniać, radzić sobie samo itp. wyrastają z poważnego nierozumienia potrzeb dzieci i ich rozwoju.

Kolejny – mocniejszy – zarzut dotyczy seksualności. Trochę pomieszały się tutaj dwa rozumienia terminu seksualność. Po pierwsze dziecko od urodzenia, albo wcześniej jest seksualne, bo ma płeć. Od urodzenia też uczy się funkcjonować jako istota, która ma płeć.

Nie oznacza to jednak w żadnym wypadku, że kilkuletnie dziecko może mieć jakiekolwiek seksualne odczucia wobec kogokolwiek, a zwłaszcza w kierunku własnej matki. Oznaczałoby to, że dziecko może odczuwać popęd seksualny w wieku kilku lat. Nie może, bo popęd seksualny pojawia się dopiero w okresie dojrzewania.

Wcześniej jest fizyczna przyjemność płynąca z bliskości, ciekawość.

Bardzo namieszał tutaj Freud, który swoją koncepcją rozwoju psychoseksualnego wbił się mocno w kulturową wiedzę o dzieciach. Mimo, że teorie Freuda były przez psychologów szeroko i na wiele sposobów kwestionowane i są naprawdę tylko jednym ze sposobów patrzenia na rozwój (wcale nie jedynym ani obowiązującym), to w dziedzinie seksualności panuje kompletna nieświadomość tego. Mimo, że akurat tutaj pomysły Freuda są najbardziej nieprawdopodobne.

Powtórzę więc jeszcze raz. Kilkulatek nie odczuwa pociągu seksualnego do matki. Nie traktuje jej jako obiektu erotyczno-seksualnego, ponieważ nie tylko, nie jest w stanie odczuwać pożądania go nikogo, a zwłaszcza do własnej matki (natura chroni dzieci przed taką możliwością), ale nie jest w stanie nawet zrozumieć, co to znaczy pożądanie ani sobie tego wyobrazić.

Może owszem być zaciekawiony relacjami rodziców. Może nie rozumieć, co to znaczy ożenić się ponieważ kompletnie nie potrafi odróżnić miłości erotycznej od miłości rodzic – dziecko. Skoro więc kocha mamę a ludzie się żenią, kiedy się kochają, to wydaje mu się, że tak to się właśnie odbywa.

Co więc może wiedzieć kilkulatek o piersiach, skoro nie może traktować ich jako obiektu erotycznego? Może wiedzieć, że piersi kobiet są większe niż u mężczyzn i że to mamy mają mleko dla dzieci. I tyle. Może też zaobserwować, że piersi są tą częścią ciała, którą na ulicy chowa się pod ubraniem.

***

Czy kobieta może namawiać dziecko na dłuższe karmienie ponieważ sama odczuwa przyjemność? Teoretycznie jest taka możliwość. Choć badania pokazują, że bezpieczna więź i świadome rodzicielstwo znacznie zmniejszają prawdopodobieństwo przedmiotowego traktowania dziecka. Jeśli więc nawet byłoby to możliwe, to nie bardzo widzę sens, żeby z powodu tego, że tak się może zdarzyć uprawnione było zniechęcanie wszystkich kobiet do karmienia piersią kilkuletnich dzieci.

W dodatku jeśli ktoś używa dziecka, dla zaspokajania swoich potrzeb, to na pewno będzie to robił dalej, jak już przestanie to dziecko karmić.

Trochę moich wątpliwości budzą sytuacje, kiedy kobieta tak mocno przeżywa to, że dziecko rezygnuje z piersi, jakby to karmienie piersią zaspokajało jakąś jej ważną potrzebę. Opowiada o wielkim smutku, o obawach, że jej relacja z dzieckiem przestanie być wyjątkowa, o tym, że przestanie być niezbędna i niezastąpiona. Przy takich odczuciach warto zastanowić się, czy dziecko ma tu swobodę zrezygnowania z piersi, kiedy będzie tylko gotowe.

Chciałabym też dodać, że czym innym jest karmienie dziecka W CELU dostarczenia sobie przyjemności, a czym innym ODCZUWANIE przyjemności z karmienia dziecka.

Karmienie dziecka nie może być przez naturę pomyślane jako nieprzyjemne, bo nasz gatunek by nie przetrwał. Radość odczuwana w kontakcie z dzieckiem, przyjemność z tego kontaktu jest sposobem na to, żeby rodzice podejmowali trud opieki nad dziećmi nawet wtedy, kiedy nie mają do tego ścisłej instrukcji ani formalnego przymusu.

***

Na koniec chciałam parę słów o obawach, że karmienie piersi skrzywi w jakiś sposób karmionego kilkulatka. Spotykam się z obawami o to, jakie traumatyczne może być to, że dziecko pamięta jak było karmione.

To dość absurdalny pomysł. Dla dziecka karmionego piersią ssanie piersi nie jest obrzydliwe, tak jak dla postronnych komentatorów. Dzieci mówią raczej o tym, że pierś i karmienie kojarzy im się z bliskością i miłością. Osoby, które pamiętały swoje karmienie, z którymi się zetknęłam miały raczej dobre wspomnienia. Są też wszystkie zdecydowanie za tym, żeby dzieci były karmione tyle, ile potrzebują. Więc raczej wyszło im to na dobre.

Z chłopców karmionych piersią w wieku kilku lat wyrosną raczej troskliwi ojcowie, a nie zaburzone jednostki. Warto tu też wspomnieć, że w wielu kulturach to chłopcy są dłużej karmieni (i to czasem o dwa lata dłużej). Tak było też w dawnej Polsce.

***

Zastanawiałam się co napisać na koniec. Chyba chciałabym tu zaapelować o szacunek dla indywidualnych wyborów innych rodziców.

Jest istotna różnica między napisaniem: “ja nie chciałabym karmić tak długo” a “to już chyba nienormalne”.

ile to jest długo?

SONY DSCPiszę post o karmieniu piersią, aż do momentu, kiedy dziecko samo zrezygnuje. A także o karmieniu dłużej niż… Po drodze wyjdzie pewnie kilka innych tematów.

Na początku kwestia używania określenia “długie karmienie piersią”. Ile to jest długo karmić? Zauważyłam tu pewną prawidłowość. Zanim urodziłam dziecko uważałam, że długo to znaczy więcej niż 2 lata. Dlaczego? Bo tak długo karmiły moje znajome. Kiedy urodziło się moje dziecko i miałam bezpośredni kontakt z tematem, okazało się, że długo oznacza “dłużej niż ja sama karmiłam”.

Teraz, kiedy zajmuję się dziećmi i rodzicami od jakiegoś czasu, niejedną sytuację widziałam, z niejednym dzieckiem długo karmionym się spotkałam, moje osobiste odczucie dotyczące “długo” to 4 lata. Nie zakładam, że to się nigdy nie zmieni.

Długo nie oznacza dla mnie w żadnym wypadku “za długo”. Oznacza, że statystycznie większość dzieci rezygnuje z piersi wcześniej i liczba dzieci karmionych dłużej niż 4 lata jest mniejsza niż tych karmionych 2 albo 3 lata. Nawet, kiedy weźmiemy pod uwagę tylko te dzieci, które się same odstawiły.

Okazuje się więc, że “długo” to znaczy “rzadko to widzę”. Może napiszę kiedyś o tym, jak nasze poczucie normy i stosowności pewnych zachowań jest kreowane głównie przez to, jakie sytuacje widzimy na co dzień. Norma “rzadko to widzę” powoduje, że często mówiąc, pisząc o długim karmieniu piersią ludzie mają na myśli karmienie dziecka powyżej 2 roku życia.

Kathy Dettwyler porównała różne wskaźniki wyznaczające to, jak długo dany ssak karmi swoje potomstwo i wyszło jej z tego, że czas rezygnacji z piersi dla ludzkich dzieci powinien się mieścić między 2,5 a 7 rokiem życia. To jest zgrubne oszacowanie na podstawie zwyczajów różnych gatunków, żadna norma. Jednak daje pewne pojęcie o tym, że 4 letnie dziecko karmione piersią nie jest raczej żadnym zaburzeniem.

Dettwyler pisze też o tym, że wyznaczenie jakiegoś średniego wieku odstawiania/rezygnacji z piersi dla wszystkich dzieci na świecie jest niemożliwe. Ale z jej obserwacji wynika, że dzieci powyżej 4 lat, które są nadal karmione piersią jest znacząco mniej niż dzieci młodszych, także tam, gdzie karmienie piersią tak dużych dzieci nie budzi zastrzeżeń.

Zdarzają się 5, 6 albo i starsze dzieci na piersi. Zdarzają się różne anegdoty. Ale są to raczej pojedyncze sytuacje, a nie jakaś duża grupa dzieci. Najprawdopodobniej większość dzieci rezygnuje z mleka mamy wcześniej.

***

Wydaje mi się to bardzo ważne. Jeśli dorośli są w stanie poczekać, dziecko samo rezygnuje z piersi. Świadomość, że takie sytuacje się zdarzają (i nie są to odosobnione przypadki) zupełnie inaczej porządkuje myślenie o wielu tematach związanych z karmieniem piersią (a także szerzej, w ogóle z relacjami dorosły – dziecko).

Jeśli dzieci same w pewnym momencie rezygnują z piersi, to zaczyna być wątpliwa taka narracja, która mówi, że dziecko dąży do tego, żeby być jak najdłużej karmione, a matka do tego, żeby je od tej piersi jak najszybciej odstawić, i w którymś momencie to matka podejmuje decyzję, że już dość.

Taki punkt widzenia, relacja między matką i dzieckiem jako konflikt, prezentuje między innymi książka o ewolucji dzieci Zrozumieć dzieci Herberta Renz-Polstera, ale nie jest to jedyna publikacja, w której spotkałam się z takim pomysłem. Mam poczucie, że jest to raczej powszechne rozumienie tej sytuacji.

Skoro więc ktoś jest przekonany, że dziecko samo, z własnej woli, nigdy nie zrezygnuje z piersi, to oczywiście konsekwencją takiego myślenia jest opinia, że to matka powinna powiedzieć w pewnym momencie dość. A jeśli tego nie robi… to znaczy, że zaspokaja w ten sposób swoje potrzeby, a nie dziecka (bo przecież dziecko “potrzebuje”, żeby ktoś mu powiedział stop).

No właśnie… ale są dzieci, które rezygnują same. Są dzieci, które interesują się piersią coraz mniej. Takie, które rezygnują z kolejnych karmień i któregoś dnia “zapominają”, żeby upomnieć się o pierś.

Jest konflikt, czy go nie ma?

***

Kolejne podejście (chyba sprzeczne z tym pierwszym) jest takie, że karmienie piersią powyżej jakiegoś wieku jest dla dzieci szkodliwe. Mleko to sama woda, nie wystarcza dziecku, dziecko nie je tego, co powinno, cofa się w rozwoju itp.

Co do odżywczej wartości mleka kobiecego powyżej pewnego wieku, to mogę tu odwołać się, na przykład, do polskich badań prowadzonych przez Bank Mleka Kobiecego, które już teraz pokazują, że liczba ważnych składników w mleku nie zmniejsza się, a niektórych nawet rośnie.

Archeolodzy mają dość skuteczne narzędzie do określania jak długo dane dziecko (którego szkielet znaleziono w trakcie wykopalisk) było karmione piersią. Pokazują to jego zęby, które precyzyjnie odnotowują wiek, w jakim w diecie dziecka zabrakło idealnego źródła wapnia – kobiecego pokarmu. W dzisiejszych czasach odstawienie dziecka od piersi nie musi powodować u niego takiego spadku stanu odżywienia. Ale na pewno mleko mamy nikomu nie zaszkodzi.

Gabrielle Palmer w książce Complementary feeding, która poświęcona jest rozszerzaniu diety u dzieci pisze o tym, że podawanie stałych pokarmów w drugiej połowie pierwszego roku życia dziecka, nie jest związane z niewystarczającą wartością odżywczą kobiecego mleka (jedynymi składnikami, których może w pewnym momencie zabraknąć dziecku karmionemu wyłącznie piersią są żelazo i cynk, natura uznała, że jest taka obfitość naturalnych źródeł tych pierwiastków, że nie trzeba się tym martwić).

Podobnie pisze Carlos Gonzales. Jest mało pokarmów, które moglibyśmy podać małemu dziecku, które miałyby wyższą wartość kaloryczną, odżywczą itp. niż mleko kobiece.

Co więc pcha dziecko, którego rodzice nie przejmują się rozszerzaniem diety i odstawianiem do sięgania po stałe pokarmy? Ciekawość i potrzeba autonomii.

Jeszcze jeden autorytet? Gill Rapley, która przy rozszerzaniu diety przez BLW proponuje rodzicom, żeby posadzili do stołu dziecko, które najpierw pojadło z piersi, żeby nie było głodne. Bo jak będzie głodne, to nie będzie miało ochoty na próbowanie nowych rzeczy, tylko na mleko. A więc znowu motywacją dziecka nie jest to, że mu czegoś “brakuje”.

Podsumowując nie znalazłam merytorycznego argumentu za tym, że do jedzenia stałych pokarmów, a potem rezygnacji z mleka pcha dziecko jakiś niedobór związany z tym mlekiem. A jednak dzieci coś pcha.

***

Wracając do konfliktu muszę odwołać się jeszcze do Meredith Small, w której książce Our babies, ourselves można znaleźć bardzo ciekawy opis tego, jak karmienie piersią wyewoluowało z pocenia się wodą bogatą w przeciwciała. Small pisze o tym, że możliwość nakarmienia dziecka z piersi dała ssakom ogromną przewagę nad gatunkami, które karmiły swoje dzieci tym samym jedzeniem, które same jadły, bądź przynosiły im jakiś pokarm, który był zjadliwy dla takich maluchów.

Karmienie piersią umożliwiło ssakom ekspansję i zamieszkanie w wielu miejscach na ziemi, w których nie udałoby im się wykarmić swojego potomstwa, gdyby nie miały mleka. W środowiskach, w których nie ma nic takiego, z czym mogło by sobie poradzić małe niedojrzałe ssacze dziecko. Karmienie piersią uwolniło też gatunki, których dzieci są zbyt niedojrzałe by cały czas przemieszczać się z dorosłymi, od noszenia jedzenia do gniazda czy nory. Od tej pory wystarczyło, że matka sama się dobrze najadła i już mogła nakarmić swoje dziecko.

Do jakiego wieku karmienie swoim mlekiem jest korzyścią? To zależy od tego, kiedy dziecko jest w stanie samo sobie poradzić z jedzeniem stałego pokarmu. Ale też od tego, kiedy dziecko jest w stanie samo ten pokarm zdobyć.

Dlatego prawdopodobnie najcięższe do przetrwania środowiska są jednocześnie tymi, w których karmienie piersią jest stosunkowo najdłuższe, tak jest np. u Eskimosów.

Nawet tam, gdzie są dobre warunki, dziecko 2-3 letnie nie jest w stanie samo się wyżywić. Jego przetrwanie zależy od tego, czy ktoś mu pomoże znaleźć jedzenie i przygotować je. W kulturach łowiecko-zbierackich taką osobą, która pomaga dziecku znaleźć jedzenie jest matka (a więc to nie jest tak, że ma ona już wolne). W przypadku, gdy matka jest w ciąży albo karmi już kolejne dziecko, osobą, która troszczy się o to, żeby starsze było najedzone staje się babcia, ciotka, albo inny członek rodziny. Od wkładu pracy tych osób zależy przeżycie dziecka.

Nie ma z punktu widzenia ewolucji sensu sytuacja, kiedy matka, która zainwestowała w urodzenie i karmienie dziecka 3 lata swojego życia, nagle przestaje być zainteresowana jego przetrwaniem i zdrowiem. A więc nie widzę tu żadnego konfliktu między potrzebami matki i dziecka.

Ten konflikt generuje dopiero konkretna kultura w jakiej matka i dziecko żyją. Oczekiwania tej kultury.

***

Jeśli więc nie ma konfliktu, a obowiązkiem matki nie jest odstawianie dziecka od piersi dla jego dobra, to może możliwe jest, żeby każda matka, znając i troszcząc się o własne dziecko sama podjęła decyzję, czy chce zrezygnować z karmienia już. Czy chce poczekać do momentu, aż to dziecko samo zrezygnuje.

Z przestrzenią na to, że to, co działa dziś, może przestać działać jutro, za tydzień lub za miesiąc.

Do tego skłaniają się różne towarzystwa pediatryczne formułując zalecenie dotyczące tego, jak długo karmić w następujący sposób: tak długo jak matka i dziecko sobie tego życzą.

I teraz możemy naprawdę merytorycznie porozmawiać o tych domniemanych negatywnych skutkach długiego karmienia, które nazwałabym psychologiczno-rozwojowymi.

***

Pierwsza rzecz, na którą warto być wyczulonym to doświadczenie specjalisty, który się o karmieniu piersią powyżej pewnego wieku wypowiada. Wiedza przekazywana na studiach, kursach, szkoleniach dla różnych specjalistów bywa przedpotopowa (wiem o tym od znajomych, które szkolą się w różnych dziedzinach, mając jakąś wiedzę na temat karmienia przed szkoleniem i słuchają naprawdę z szeroko otwartymi oczami). Karmienie piersią powyżej roku, a już na pewno powyżej 2 roku życia dziecka jest zjawiskiem rzadkim. Wiele osób zna temat karmienia 2,3, 4 latka z pojedynczych sytuacji, anegdot i miejskich legend. Nie za wiele jest na ten temat badań i czasem trudno sobie wyobrazić, jak takie badanie miałoby być zaprojektowane.

Osoby, które rzadko stykają się z kobietami karmiącymi swoje dziecko dłużej niż przeciętna mogą mieć różne niepokoje dotyczące tego tematu. Częściowo wynikają one z tego, że tam gdzie człowiek nie ma wiedzy merytorycznej łatwo jest się odwoływać do wiedzy potocznej. A także z tego, że: rzadko to widzę=to nie jest norma.

Za bardzo cenne uważam, kiedy specjalista potrafi powiedzieć: nie wiem, za rzadko stykam się z podobnymi sytuacjami, żeby się wypowiadać. Sama tak mówię, kiedy tak się zdarzy.

Osoby, które wiedzą coś na temat długiego karmienia to pasjonaci. Osoby, które fascynują się laktacją, zdobywają wiedzę na ten temat na własną rękę.

Kolejna sprawa, o jakiej warto pamiętać, wiedzieć to częsta sytuacja mylenia przyczyn ze skutkami. Regularnie zdarza mi się odpowiadać na pytania czy jakaś kompetencja dziecka może ulec zaburzeniu pod wpływem karmienia piersią.

Są owszem chyba pewne korelacje między sytuacją, gdy dziecko jest na piersi np. 4 lata a trudnościami w rozwoju mowy. Ale korelacja to nie przyczyna. Mam poczucie, że jeśli istnieje tu jakiś związek to jest on dokładnie odwrotny. Dzieci, które mają różne trudności rozwojowe często potrzebują karmienia piersią dłużej niż przeciętna. (Choć znowu, chcę być precyzyjna, nie oznacza to w żadnym wypadku, że dziecko, które jest na piersi już 4 rok ma koniecznie jakieś trudności.)

A więc nie ma powodów, żeby uważać, że dziecko jest “niedojrzałe emocjonalnie”, bo jest długo karmione. To raczej dziecko chce być długo karmione, bo nie dojrzało jeszcze emocjonalnie do rozstania z piersią.

Mama, która podąża za pragnieniem dziecka, nie utrudnia mu rozwoju i przejścia do następnego etapu. Wręcz przeciwnie, prawdopodobnie daje mu możliwość zaspokojenia potrzeb rozwojowych związanych z danym etapem i przejścia do następnego. I znowu – mama ma wybór, może wybrać, że będzie wspierać rozwój dziecka inaczej niż przez dawanie mu swojego mleka, ale to jej prywatna sprawa.

***

Spotykam się z różnymi zastrzeżeniami, co do długiego karmienia. Niektórym wydaje się to seksualne, blokujące samodzielność dziecka. Spotkałam się z obawą, że dziecku zaszkodzi to, że będzie pamiętać jak było karmione piersią.

Celowo nie próbuję nawet polemizować z argumentami typu: to obrzydliwe.

Napiszcie proszę jakie macie wątpliwości dotyczące długiego karmienia. Z jakimi “przestrogami” się spotykacie.

Postaram się na nie odpowiedzieć w kolejnym tekście.

 

P.S. Dziękuję Marcie i Bu za udostępnienie zdjęcia. 🙂

 

 

 

nie tędy droga…

Przeczytałam dzisiaj o tym, że dzieci patrząc jak rodzice piją alkohol, same uczą się pić i są bliższe uzależnienia.

Może.

Ale nachodzi mnie też taka refleksja. Jeśli ktoś ma plan, żeby nie pić alkoholu przy swoim kilku czy kilkunastoletnim dziecku, po to, żeby ono nie piło, to umieszcza swoje działania wychowawcze w miejscu, w którym są one najmniej skuteczne.

Rodzice bądź inni dorośli chcą dzieciom przekazywać, wpajać, uczyć. A ja mam taką myśl w głowie: … nie tędy droga. Kompletnie nie tędy.

Jesteśmy krajem, w którym mnóstwo ludzi zmaga się z uzależnieniem. I naprawdę nie dzieje się to tylko z powodu braku odpowiednich pogadanek w domu i szkole, czy z powodu dostępności do alkoholu i widoku pijących ludzi.

Żeby nie dobić czytelników dokumentnie, zaraz napiszę co można zrobić, ale jeśli ma to mieć sens, to potrzebuję zacząć od tego, skąd w ogóle bierze się uzależnienie. Jakie pomysły na ten temat najmocniej do mnie trafiają.

***

Uzależnienie można rozumieć jako zaburzenie więzi. Sytuację, kiedy system przywiązania człowieka zaczyna działać tak, że szuka ukojenia i poczucia bezpieczeństwa, nie w bliskich mu ludziach i relacjach, a w końcu również w dobrym kontakcie z samym sobą, tylko… no właśnie: w jedzeniu, seksie, alkoholu i tak naprawdę w każdej możliwej istniejącej we wszechświecie substancji, czynności itp.

Uzależnienie to kłopot z regulacją emocji. Kiedy człowiek nie umie poradzić sobie z emocjami, wytrzymać napięcia związanego z ich przeżywaniem, nie potrafi ich zrozumieć, nazwać, czuje się z nimi źle, to czasem sięga po różne zastępcze strategie, żeby poprawić sobie nastrój.

Kiedy rodzic używa alkoholu (albo czegokolwiek innego), bo nie potrafi poradzić sobie z regulacją emocji, dziecko uczy się od niego, radzenia sobie z emocjami przez uzależnienie. Nie zawsze używa do tego tej samej substancji niż rodzic. Czasem bywa uzależnione od czegoś zupełnie innego.

Ale nie każdy kto pije alkohol, robi to po to, żeby regulować emocje.

Najmocniejszą szczepionką przeciw uzależnieniom jest bezpieczna więź i troszczenie się o harmonijny rozwój emocjonalny dziecka. A więź i regulacja emocjonalna budowane są od urodzenia. W wieku, kiedy ludzie zaczynają się zajmować tłumaczeniem dzieciom, czym jest alkohol czy używki, straszeniem, najczęściej jest już pozamiatane. Dziecko ma umiejętności radzenia sobie z emocjami i rozwija się w rodzinie, w której ma bezpieczeństwo emocjonalne albo nie.

Żeby zaszła jakaś zmiana, musi ona być głębsza niż tylko przekazanie odpowiednich informacji czy pozbawienie dziecka widoku alkoholu.

Najmocniejszym narzędziem do budowania bezpieczeństwa dziecka i jego kompetencji emocjonalnych jest posiadanie takowych samemu.

Jak można nauczyć dziecko regulować emocje, jeśli samemu się nie wie, jak to się robi?

Albo jak się myśli, że się wie, ale się tego nie używa?

***

To teraz odpowiedź na pytanie: czy można coś zrobić?

Oczywiście, że można i to zawsze.

Można zacząć rozwijać własne umiejętności radzenia sobie z emocjami i budowania relacji. To pomoże rodzicom w tym, żeby mogli skuteczniej wspierać swoje dzieci, słuchać ich uważnie, brać pod uwagę ich emocje i sposób patrzenia na rzeczywistość.

Oczywiście objętość jednego wpisu na blogu nie pozwala, żeby wyczerpująco opisać jak. Dlatego piszę dzisiaj tylko, że to się da zrobić. Przez terapię, ale też przez zbudowanie relacji z ludźmi, którzy umieją radzić sobie ze swoimi emocjami. Przez doświadczenie samemu więzi, wsparcia, empatii, akceptacji.
Przez związek z kimś, kto ma bezpieczną więź (podobno trzeba na to 5 lat).

Kiedy zmienia się środowisko społeczne dziecka, czyli rodzice zaprzyjaźniają się ze swoimi emocjami, to i dziecko korzysta z tego i zaczyna się uczyć od rodziców.

Już sama intencja zmiany i rozwoju jest dobrym początkiem. Za pragnieniem zmiany idą następne kroki. Ludzie odkrywają, że ich emocje nie biorą się znikąd. Że mają im pomagać a nie szkodzić. Że w związku z tym, zamiast je tłumić warto może je lepiej zrozumieć i nauczyć się komunikować innym. Że dzięki emocjom można się dowiedzieć, czego się potrzebuje.

Jak wszystko w psychologii, to nie są zależności zero-jedynkowe. Ludzie są skomplikowani. Nie mamy też kontroli nad wszystkim, co się dzieje z dziećmi. Dorosły może się leczyć. Dziecko styka się w swoim życiu nie tylko z rodzicami.

Zawsze jest nadzieja i zawsze mamy wpływ. Ale mamy tego wpływu dużo, dużo więcej, gdy zastanowimy się najpierw poważnie, gdzie warto kierować swoje wysiłki.

 

nie potrzebuj…

– co to znaczy “bądź dzielny”?

– to znaczy “nie potrzebuj”

Są takie słowa, takie zdania, które zapamiętam pewnie na zawsze. Myślę, że dlatego, że opisują coś, co jest dla mnie ważne, ale czego sama nie byłam w stanie w tak precyzyjny sposób uchwycić.

Te słowa, które widzicie powyżej są malutkim fragmentem rozmowy dwóch psycholożek, które bardzo cenię: Justyny Dąbrowskiej i Katarzyny Schier. Rozmowa ukazała się w styczniowym numerze miesięcznika “Dziecko” i dotyczyła sytuacji, kiedy w rodzinie następuje odwrócenie ról i dzieci zaczynają grać rolę bardziej dorosłych, opiekunów swoich rodziców.

To trudne i poważne sytuacje, a ja chcę dzisiaj napisać o czymś dużo prostszym. O takim zjawisku, które jest przez naszą kulturę traktowane jako coś naturalnego, właściwego, pozytywnego. Tak naturalnego, że się go nawet nie zauważa.

Bądź dzielny, jaki jesteś dzielny, dzielny chłopiec, dzielna dziewczynka.

Od dawna coś mi tutaj nie grało. Mogę oczywiście mówić tylko o moich odczuciach. Rozumiem, że intencje osób wypowiadających takie słowa są różne. Jednak kulturowy przekaz z jakim najczęściej się spotykam jest podobny:

– nie potrzebuj

– nie okazuj emocji

– radź sobie

– bądź silny/a

– nie poddawaj się

– bądź samodzielny/a, niezależny/a

W użyciu takich słów w stosunku do dziecka jest subtelne oczekiwanie, że nie pokaże ono swoich trudności, nie podda się, nie poprosi o pomoc. Dorośli mówią o dziecku, że jest dzielne, bo jakieś swoje potrzeby stłumiło, “poradziło sobie”.

Dzieci świetnie ten komunikat odczytują. Pamiętam rozmowę prawie czterolatka, który zaczynał przygodę z przedszkolem, z jego starszą siostrą:

– ale byłeś dzielny…

– wcale nie byłem dzielny, byłem smutny…

No właśnie. Bo dzielny nie płacze. Nie przychodzi do mamy po pomoc. Rozstaje się z nią nawet wtedy, kiedy mu jest trudno.

Prawda jest jednak taka, że dzielny nie robi tego dla siebie. Dzielnemu wcale nie jest łatwiej. Nie potrafi “przestać myśleć i czuć” więc może jedynie przestać komunikować to, co przeżywa, co może wyglądać, jakby sobie poradził.

Bardzo powszechne jest w naszej kulturze poczucie, że kiedy ktoś przestanie okazywać, komunikować trudne emocje, to one znikną. A więc osoba, która mówi do dziecka: nie płacz, weź się w garść, bądź dzielny, bądź twardy naprawdę myśli, że mu pomaga. Być szczęśliwym, być twardym, być silnym. Być lepiej przystosowanym do życia “w tym brutalnym świecie”.

Dzielny jest dobrze wychowany i nie sprawia kłopotu swoim rodzicom. To o nich się troszczy. To dorośli chwalą dziecko za to, że jest dzielne, bo z takim dzieckiem jest po prostu łatwiej. Nie trzeba się mierzyć z jego trudnymi emocjami, ze wściekłością, strachem.

Czasem dorośli nawet nie zdają sobie sprawy, że dziecko odczytało ich zachowanie jako wskazówkę, żeby nie robić im kłopotu.

***

Dlaczego piszę o kulturowej normie?

Bo podobnie to samo zjawisko przebiega wśród dorosłych. Twardych i dzielnych. Tak samodzielnych, że nie proszą o pomoc nawet wtedy, gdy jej potrzebują. Albo proszą dużo za późno.

U takich dzielnych, którzy nie chcą innym robić kłopotu. Nie mówią, że coś ich boli (tacy dzielni są zmorą lekarzy – bo trafiają do nich bardzo późno i często udają, że mają mniej objawów niż to jest naprawdę). Nie przyznają się do swoich obaw, swojej bezradności.

Tacy dzielni muszą dawać sobie zawsze radę. Nie mówią o swoich potrzebach, a często nawet nie potrafią ich rozpoznać. Przecież potrzebują tylko słabi. A oni są silni i dzielni właśnie.

Tacy dzielni niestety nie radzą sobie też z tym, że ktoś inny potrzebuje, że jest delikatny i słaby.

Meredith Small pisała, że kultura reprodukuje się przez wychowanie. I tutaj widać to bardzo wyraźnie.

***

Prawdziwa siła wewnętrzna nie płynie z dzielności. Płynie z kontaktu ze sobą.

Człowiek, który siebie akceptuje i rozumie nie musi tłumić swoich emocji i rezygnować z komunikowania swoich potrzeb. Może czuć, może nie dawać rady, potrzebować wsparcia i pomocy.

Traktuje uczucia jako narzędzie, za pomocą którego może się o siebie lepiej zatroszczyć. Lepiej rozpoznać swoje potrzeby.

Człowiek, który nie musi być dzielny potrafi się też zatroszczyć o innych. Daje ludziom wokół siebie prawo do przeżywania uczuć, do okazywania że potrzebują pomocy.

Większość dzisiejszych dorosłych, przynajmniej tych, których spotykam, uczy się tego dopiero teraz. Nie nauczyli się tego jako dzieci.

Ja też się tego uczę. Nie jestem dzielna. Czuję, potrzebuję, proszę o pomoc, czasem nie mam siły, czasem nie daję rady.

Kiedy jestem na to otwarta i mam odwagę się do tego przyznać, dostaję pomoc i stąd mam swoją siłę.

 

P.S. A tutaj parę rzeczy, które można powiedzieć dziecku, kiedy jest mu trudno, żeby nie mówić: bądź dzielny.

– jestem przy tobie

– jak mogę ci pomóc?

– rozumiem, że to trudne, boli, smutne

– co mogę dla ciebie zrobić?

– popłacz sobie, jeśli tego potrzebujesz

Zamiast mówić – ale byłeś dzielny:

– widziałem, że to nie było łatwe

– jak się teraz czujesz?

– co mogę teraz dla ciebie zrobić?

– chcesz się przytulić?

Dzieciom pomaga też często nie to, co do nich mówimy, ale to, jak uważnie słuchamy tego, co one do nas mówią.

 

 

“na życzenie”?

Bardzo się zmieniłam, od kiedy urodził się mój syn. Od kiedy zaczęłam zajmować się rodzicielstwem bliskości najpierw w praktyce, na własne potrzeby, a potem też bardziej profesjonalnie.

Nie do końca pamiętam wszystkie zmiany, ale jedna jest dla mnie łatwa to uchwycenia. To zmiana języka jakiego używam. Widziałam to ostatnio, kiedy przygotowywałyśmy razem z Mamanią ebooka z artykułami. Czytałam swoje stare teksty i bez problemu rozpoznawałam te miejsca, gdzie dzisiaj użyłabym już innych słów i sformułowań.

Ludzie, których spotykam na warsztatach też mi czasem mówią, że język, którego używam mówiąc o dorosłych i dzieciach jest inny.

To na razie niekończący się proces. Przejście od języka uprzedmiotawiającego ludzi, języka ocen, etykiet, osądów. Języka, w którym istnieje jedna prawda nawet tam, gdzie wszyscy widzą, że jej nie ma do języka empatii, podmiotowości każdego człowieka, do języka, który jest wrażliwy na to, jakie efekty może wywołać jego użycie.

To nie jest takie proste. W końcu tego pierwszego języka słuchałam przez wiele lat i sama go używałam.

I ciągle pojawiają się jakieś nowe odkrycia. Jakiś wewnętrzny proces, który zachodzi we mnie powoduje, że coś, co do pewnego momentu było dla mnie w porządku, któregoś dnia zaczyna mi zgrzytać.

Tak było z “cesarką na życzenie”. Słyszałam to określenie setki razy. I dopiero w pewnym momencie poczułam, że to sformułowanie nie buduje wzajemnego szacunku, zrozumienia i wrażliwości tylko mur.

Na pierwszy rzut oka słowo “życzenie” mogłoby się kojarzyć z autonomią i wolnością wyboru. Mogę sobie zażyczyć co chcę i moje życzenie zostanie uszanowane.

Jednak myślę, że w powszechnym odbiorze “na życzenie” oznacza bardziej “bez powodu, bez uzasadnienia, bez wskazań”. Albo z “błahego powodu”.

Dlatego zdecydowanie wolę określenie “cesarskie cięcie ze wskazań psychologicznych”.

Ktoś mógłby się zdziwić a nawet oburzyć, że wszystkie sytuacje, kiedy kobieta chce, życzy sobie urodzić przez cesarskie cięcie nazywam wskazaniami psychologicznymi. Chciałabym więc doprecyzować, co mam na myśli.

Za każdym razem, kiedy kobieta w ciąży rozważa to, jak chciałaby urodzić swoje dziecko ma ku temu jakiś powód. Jak za każdym innym zachowaniem człowieka, za taką decyzją również stoją jakieś ważne potrzeby. A z potrzebami jest tak, że nie ma lepszych i gorszych, wszystkie wspierają życie, wszystkie są warte tego, żeby je uszanować.

Czasem zdarza mi się usłyszeć, że te potrzeby nie są aż tak ważne, ale najczęściej od osób, które są tylko obserwatorami takich sytuacji, a nie od samych kobiet. Dla mnie nie ma czegoś takiego jak “ważność” powodu do cesarskiego cięcia. Rozumiem, jak bardzo do podjęcia decyzji w sprawie sposobu wydania dziecka na świat potrzebna jest kobiecie autonomia i poczucie, że inni ludzie szanują jej wybory.

***

Czy to oznacza, że nie widzę żadnych minusów rodzenia dzieci przez cesarskie cięcie? Że uważam, że naturalny fizjologiczny poród to nic szczególnego?

Wręcz przeciwnie.

Oznacza to tylko, że osoba przyciśnięta do odbycia takiego porodu raczej nie dostrzeże jego zalet. A nawet, gdyby była szansa, że je dostrzeże i tak nie czuję, że mamy prawo ją przyciskać.

Zresztą jednym z powodów, dla których kobiety chcą rodzić przez cesarskie cięcie jest obawa przed porodem naturalnym, w którym będą musiały stracić swoją autonomię (nie chcę tu wnikać w to, na ile takie wyobrażenie jest prawdziwe, na ile utrata autonomii wynika z właściwości samego porodu, a na ile z zachowania osób, które w tym porodzie towarzyszą).

Statystyki dotyczące tego, ile dzieci rodzi się przez cesarskie cięcie są niepokojące. Jednak określenie jak duży procent takich sytuacji wynika z czyjegoś “wyboru” jest trudne, jeśli nie niemożliwe. Nie wiadomo więc, czy nacisk na “wybieranie” naturalnego porodu spowodowałby jakieś znaczące zmiany w tych statystykach.

Jest jednak wiele, bardzo wiele działań, które mogą być skuteczniejsze w tym, żeby każda kobieta miała poród, który ją wzmocni, który pomoże jej zbudować więź z dzieckiem, który będzie wspominać z radością niezależnie od tego, czy będzie to SN czy CC.

Nie osiągniemy tego za pomocą straszenia, krytykowania, przymusu czy argumentów typu: warto urodzić naturalnie, żeby nie mieć blizny na brzuchu.

Nie pomogą walki na argumenty i osądy.

Tym bardziej, że im więcej argumentów pada, im więcej straszenia, tym bardziej boją się również te kobiety, których cesarskie cięcie nie było planowane lub które nie miały wyboru.

***

Czy jest więc coś co może pomóc, żeby było więcej fizjologicznych porodów? Pewnie, że tak.

Wiele z pomocnych zmian, to zmiany systemowe. Związane z postrzeganiem porodu w naszej kulturze. Związane z rozumieniem potrzeb rodzących kobiet. Związane nawet z rozumieniem swoich potrzeb przez rodzące kobiety.

Ważną zmianą jest tworzenie atmosfery zaufania do kobiet, do tego, że to one są odpowiedzialne za rozpoznawanie i zaspokajanie swoich potrzeb. Że mają prawo wyrażać te potrzeby i wspierające je strategie. Niezależnie od tego, czy jest to wybór sposobu porodu, miejsca porodu czy pozycji w czasie rodzenia dziecka czy czegoś jeszcze innego.

Część potrzebnych zmian związana jest z atmosferą oceny i osądu wokół tego, że kobieta chce urodzić dziecko przez cesarskie cięcie, albo nie chce, obawia się rodzić naturalnie. W atmosferze akceptacji, bezpieczeństwa i autonomii dużo łatwiej jest porozmawiać o tym, jakie potrzeby stoją za jej wyborem, udzielić empatycznego wsparcia. Zadbać o to, żeby poród był wzmacniającym doświadczeniem niezależnie od tego, jak się odbędzie.

Ważna jest własna praca specjalistów nad byciem coraz bardziej kimś, kto nie osądza, jest empatyczny, daje przestrzeń na własne decyzje. Oddzielenie wiedzy od świadomości, że każdy wybór jest najlepszym z możliwych dla danej osoby bywa trudne emocjonalnie. Przekazywanie potrzebnych informacji w sposób szanujący wolność wyboru klienta/pacjenta jest czymś, czego cały czas się uczymy. Ja też w swojej pracy potrzebuję systematycznie dbać o siebie, o swoje emocje. Radzić sobie ze swoimi oczekiwaniami, ocenami, z tym, żeby nie przesłaniały mi drugiego człowieka.

W atmosferze szacunku i zaufania łatwiej jest porozmawiać o tym, jak warto zadbać o kontakt z dzieckiem po porodzie, na co zwrócić uwagę, czego się można spodziewać, nie tylko w sensie przebiegu procedur i zabiegów, ale także w psychologicznym przeżywaniu porodu.

Mi jeszcze bardzo pomaga w pracy to, że wiem, za co jestem odpowiedzialna. Za swoją postawę, za swoją wiedzę, za to, żeby była na bieżąco uzupełniana. Za to, co mówię, jak słucham.

I wiem, za co nie jestem odpowiedzialna – za decyzję jaką podejmie kobieta.

 

 

 

 

wsparcie czy presja?

Wraz ze wzrostem ilości profesjonalnej wiedzy, coraz skuteczniej można pomagać ludziom, kiedy napotykają na swojej drodze różne trudności. Jednak czasem taki wzrost wiedzy, może powodować problemy, zamiast je rozwiązywać, kiedy zabraknie w tej wiedzy jakiegoś ważnego elementu.

Tak się niestety dzieje w obszarze rodzicielstwa. Kiedy coraz większa ilość informacji dotyczących potrzeb rozwojowych dzieci, nie jest równoważona wiedzą na temat potrzeb rodziców i po prostu potrzeb uniwersalnych dla wszystkich ludzi. Kiedy to, że coraz łatwiej jest nam na wiele sytuacji spojrzeć z perspektywy dziecka, potraktować to dziecko w sposób podmiotowy, nie jest równoważone poprzez równie podmiotowe spojrzenie na dorosłych, którzy to dziecko mają pod opieką.

Tak się dzieje na przykład, z ciągle rosnącą wiedzą na temat właściwości kobiecego mleka. Albo z wiedzą dotyczącą procesów, które zachodzą w trakcie fizjologicznego porodu. Przychodzi pokusa, żeby wszystkich tą wiedzą uszczęśliwić.

Rodzicielstwo bliskości to w 90 procentach umiejętność dbania o samego siebie, o swoje potrzeby. Kiedy rodzic umie o siebie się troszczyć, w naturalny sposób uruchamiają się w nim zasoby, które może wykorzystać do troszczenia się o dziecko. Kiedy potrzeby rodzica są w znaczącym stopniu niezaspokojone, kiedy rodzic przeżywa silny stres, trudno jest mu być dostępnym emocjonalnie, trudno mu przyjąć perspektywę dziecka, nawet jeśli teoretycznie wie, co “powinien” robić jako rodzic.

Dlatego jednym z moich głównych zadań jako osoby wspierającej rodziców jest pomaganie im w tym, żeby mogli skuteczniej zadbać o siebie. Żeby czuli, że mają do tego prawo.
Moim zadaniem jest też to, żeby rodzice czuli się bardziej bezpiecznie, żeby czuli się szanowani i akceptowani, żeby doświadczali tego, że wierzę w ich dobre intencje. Staram się też pamiętać cały czas o tym, że rodzice potrzebują autonomii w swoich wyborach. Potrzebują czuć, że nikt im niczego nie zabrania. Że nikt ich do niczego nie zmusza. Oni sami decydują się skorzystać z pomocy, jakiej potrzebują i w sposób jaki jest dla nich w porządku.

Staram się rozdzielać mówienie i pisanie o tym, co wiadomo o potrzebach dzieci od oceniania zachowań konkretnych rodziców. Bo dla konkretnego rodzica jego wybór był zapewne najlepszą dostępną strategią.

Jednak, kiedy tylko zaczynam pisać o malutkich dzieciach, o naturalnym karmieniu, porodzie okazuje się, że rodzice doświadczają wielu sytuacji, w których ktoś o ich autonomii zapomniał. Chciał zadbać o dziecko tak mocno, że wsparcie przemieniło się w presję. W utrudnianie rodzicom a zwłaszcza kobietom troszczenia się o ich dzieci w sposób, który wydaje im się najwłaściwszy w danej sytuacji i dostosowany do ich możliwości.

Takie sytuacje są bardzo bolesne i ludzie długo je pamiętają. Podobne doświadczenia oddziałują na kolejne ich wybory i zdarza się, że kobieta, która doznała jakiejś presji przy pierwszym porodzie albo karmieniu pierwszego dziecka, przy drugim decyduje się na cesarskie cięcie albo karmienie butelką, żeby zatroszczyć się o swoją autonomię i uniknąć presji i oceny, której się obawia. Często niestety doświadcza wtedy kolejnej presji i ocen.

Można by zastanawiać się, dlaczego tak się dzieje w konkretnych sytuacjach, ale prawda jest taka, że tego podejścia i języka opartego na podmiotowości i szacunku wszyscy potrzebujemy się uczyć. Ja też się go uczę i jeśli czuję, że się czegoś rzeczywiście nauczyłam to dlatego, że traktuję to jako priorytet, a nie dlatego, że taka jestem w tym świetna.

Język wsparcia skupia się na jednej kwestii: jak Ci mogę pomóc? Czego potrzebujesz?
Potrzebujesz informacji? Bardzo proszę. Ale jeśli nie potrzebujesz, to nie będę zmuszać Cię do jej wysłuchania.

Może potrzebujesz kogoś, kto uważnie wysłucha? Powie, że wierzy w Ciebie?

Może potrzebujesz kogoś, kto uszanuje Twój wybór? Podpowie Ci, jak możesz pogodzić swoje potrzeby i wybory ze sobą? Pomoże zrozumieć na czym tak naprawdę Ci zależy i jak można to osiągnąć?

A może kogoś, kto powstrzyma się od oceniania i osądzania? Albo od straszenia? Albo od rozpamiętywania tego, co już się stało i się nie odstanie?

Powstrzymywanie się od różnych rzeczy, które nie pomagają jest jedną z najważniejszych umiejętności w udzielaniu wsparcia. Czasem jest to powstrzymanie się od określeń, które uruchamiają w nas myślenie w kategoriach osądów. Takim określeniem jest dla mnie na przykład “cesarka na życzenie” – wole mówić o cesarskim cięciu z przyczyn psychologicznych (niedługo napiszę dlaczego).

***

Często wsparcie oznacza zrobienie konkretnych fizycznych rzeczy. Tak jak, gdy kobieta po cesarskim cięciu ma trudności z przystawieniem dziecka do piersi, czasem potrzebuje bardziej, żeby ktoś jej to dziecko fizycznie podawał i trzymał, niż żeby jej opowiadał o zaletach karmienia piersią.

Podobnie, kiedy rodzice narzekają, że nie dosypiają w nocy, często potrzebują bardziej tego, żeby ktoś to dziecko wziął na godzinę na spacer, albo zrobił obiad, żeby oni mogli odpocząć. Niż współczujących okrzyków: a nie mówiłam, że się przyzwyczai? Daj mu butelkę. Wygoń je z łóżka.

Wsparcie to postawa pełna empatii. Uszanowania wolności drugiego człowieka. Tym bardziej, że rodzicielstwa nie da się “robić” na siłę. W relacjach z dziećmi ogromną rolę odgrywa intencja. To czy rodzic robi coś, do czego jest głęboko przekonany czy coś do czego się zmusza.

P.S. Takich wpisów o akceptacji i wolności będzie teraz dużo, bo to bardzo we mnie żywe teraz. 🙂

tyle o sobie wiemy…

…ile nas sprawdzono. (to Wisława Szymborska)

Miałam taki moment jakiś czas temu, że coraz mniej chętnie chodziłam na place zabaw z moim dzieckiem. Wiem, że podobnie ma wiele osób, z którymi o tym rozmawiałam.
Trudno jest siedzieć wśród innych rodziców i słyszeć jak odzywają się do dzieci, jak je traktują. Napisano już o tym niejeden tekst więc ja dzisiaj o czymś innym.

Napisałam, że było mi trudno… Teraz jest już łatwiej. Rzadziej chodzę na plac zabaw, bo moje dziecko jest starsze. Ale zdarzyło się coś jeszcze innego. Moja praca sprawia, że coraz lepiej poznaję rodziców. I to nie tylko w taki wyrywkowy sposób, jak na placu zabaw. Albo kiedy jadę z kimś autobusem. Albo kiedy widzę jak przyprowadza dziecko do przedszkola.
Poznaję rodziców, kiedy przychodzą do mnie o pomoc, rozmawiam z nimi, opowiadają mi o swoich emocjach, doświadczeniach.
I prawda jest taka, że poznaję też lepiej siebie.

Wiem, ile razy usłyszałam od rodziców na spotkaniach czy warsztatach: ty to pewnie nigdy się nie denerwujesz, nie krzyczysz, nie czujesz, że już dłużej nie wytrzymasz. I wiem, że to nieprawda. I mówię o tym, kiedy ktoś o to pyta.

Jest mi dużo łatwiej w kontakcie z innymi rodzicami, kiedy spotykam ich przez krótką chwilę, bo wiem, że zawsze widzę tylko mały wycinek ich rzeczywistości. Że nawet, kiedy z nimi długo rozmawiam, dalej znam tylko wycinek. Gdyby ktoś próbował oceniać moje rodzicielstwo po takim wycinku, to pewnie też kilka razy zobaczyłby coś, co świadczyłoby o tym, jaka jestem niewrażliwa, nieempatyczna i tak dalej.

Wiem, że zawsze widzę tylko kawałek życia drugiego człowieka. Malutki fragment. Nie wiem wszystkiego. Podobnie jak nie wiem wszystkiego o sobie. Nie wiem jak mogłabym się zachować, gdybym była w podobnej sytuacji. Podobnej nie tylko zewnętrznie ale emocjonalnie.

Pomaga mi też bardzo to, jak patrzę na rzeczywistość. Staram się pamiętać, że:

  • za każdym zachowaniem stoi niezaspokojona potrzeba
  • ludzie zachowują się zawsze najlepiej jak są w stanie się zachować
  • wina i odpowiedzialność to nie to samo, to dokładnie dwa przeciwieństwa

We wszystkich dyskusjach. O karmieniu piersią i nie piersią. O rodzeniu naturalnie i przez cesarskie cięcie. O karaniu i chwaleniu. O robieniu tak, albo inaczej. Mnóstwo takich dyskusji ostatnio.

Staram się pamiętać:

“Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”

Inbal Kashtan powiedziała kiedyś, że jeśli patrzysz na zachowanie drugiego człowieka i nie widzisz w nim piękna jego niezaspokojonych potrzeb, które stara się zaspokoić, to nieuważnie patrzysz. Widzisz tylko strategie. Tylko to, co na wierzchu.
Więc staram się pamiętać, że jeśli mam ochotę krytykować, oceniać, jeśli czuję złość, to jest duża szansa, że patrzę tylko po wierzchu.

I to jest moje postanowienie na ten rok. Żeby widzieć, a nie tylko patrzeć.

wgląd i empatia

Dwa ważne narzędzia wychowawcze. Albo jak ktoś tak woli – narzędzia budowania więzi i porozumienia z dziećmi.

Wgląd i empatia.

Czyli kontakt ze sobą i kontakt z dzieckiem.

Wgląd – rozumiem siebie, wiem, o co mi chodzi, wiem, co jest dla mnie ważne, co stoi za moimi pragnieniami, wyborami, zasadami.

Rozumiem dlaczego w relacji z dzieckiem pragnę określonych rzeczy a innych staram się unikać.

Bo tak mnie wychowano?

Bo to mój obowiązek?

Bo wszyscy tak robią?

Co stoi za moim muszę, powinnam? Do czego potrzebuję tego, żeby powtarzać własne doświadczenia? Czemu to takie ważne, żeby wypełniać swoje obowiązki? Co może się stać, jeśli zrobię inaczej?

Czego się boję? Czego unikam? Co najgorszego mogłoby się stać?

Ale też, co pozytywnego ma wyniknąć z tego co robię? Na co mam nadzieję?

Wgląd nie jest po to, żeby oceniać, że jedni robią lepiej a inni gorzej. Nie chodzi mi o to, żeby każdy jak przemyśli swoje intencje, motywy, pragnienia czy uczucia dochodził do wniosku, że chce robić co innego niż robi w tej chwili. Albo, że chce robić to, co robi lub doradza ktoś inny.

Czasem wgląd pomaga, żeby bardziej zdecydowanie zatroszczyć się o swoje potrzeby i granice. Czasem pomaga znaleźć słowa, którymi możemy opowiedzieć innym ludziom o tym, co dla nas ważne.

I oczywiście, że czasem odkrywamy, że nasze “muszę”, “powinienem” jest puste. Że to tylko słowa, które usłyszeliśmy dawno temu a teraz powtarzamy, nie mogąc się od nich uwolnić.

We wglądzie pomaga akceptacja. Jeśli ktoś bardzo siebie ocenia i krytykuje to często nie zagłębia się w siebie, bo boi się tego, co może tam pod spodem znaleźć. Akceptacja to przyjęcie do wiadomości tego, jaka jest rzeczywistość. To uznanie, że nasze wewnętrzne przeżycia nie podlegają ocenie.

Bez wglądu empatia jest prawie niemożliwa.

Jeśli nie szukamy w sobie zrozumienia dla samych siebie to trudno nam szukać zrozumienia dla innych. Dotarcie do nich jest przecież trudniejsze.

No chyba, że trafi nam się rozmówca, który ma świetny kontakt ze sobą i nam wszystko wytłumaczy, a my będziemy mieli tyle otwartości, żeby to usłyszeć. Ale dzieci rzadko potrafią tak to wszystko same wytłumaczyć. Bardzo potrzebują naszej pomocy.

***

Więc przedświątecznie życzę dużo wglądu i  autorefleksji. Jak człowiek rozumie siebie i jest ze sobą w dobrym kontakcie, to jego relacje na tym korzystają. Jego dzieci mają lepiej. To łatwiej się dogadać i łatwiej razem żyć i razem się rozwijać.

co z tym czytaniem?

Liwia z Relacje w Centrum Uwagi zaczęła temat, a potem zrobiła się z tego dyskusja. Jak uczyć dzieci czytać? Czy wymaganie głośnego czytania od dzieci, które dopiero uczą się czytać ma sens? I moje pytanie – czy w ogóle ma sens wymaganie czytania, kiedy dziecko tego nie chce robić?

Ponieważ zadeklarowałam się, że napiszę dużo na ten temat, to postaram się spełnić tą obietnicę, choć uprzedzam, że w trakcie pojawi się wiele wątków, które warto by było rozwinąć. Więc temat raczej nie zostanie wyczerpany.

Chciałabym zacząć od początku, czyli od intencji. Bo dla mnie ona jest tutaj bardzo ważna i porządkuje wszystko. Czyli od tego, po co w ogóle chcemy, żeby dzieci uczyły się czytać. Kiedy rodzice mają jakieś wątpliwości dotyczące tego, jak postąpić w trudnej sytuacji, odwołanie się do intencji i do swoich priorytetów bardzo pomaga. Mówiąc brutalnie: czasem trzeba jakiś mniej istotny cel poświęcić, żeby zadbać o cel, który uważamy za podstawowy.

Dla mnie podstawowym celem jest dobra relacja z dzieckiem, a jeszcze szerzej to, czy ta relacja będzie go wspierać w rozwoju i jak mój syn będzie korzystał z tego, co się teraz dzieje, kiedy będzie dorosły.

Kiedy myślę o czytaniu, ważne jest dla mnie, żeby mój syn czytał sprawnie i szybko, ale też żeby lubił czytać, chętnie sam sięgał po książki i żeby traktował czytanie jako sposób na rozwój, poznawanie świata i jako sposób na relaks. Żeby lubił rozmawiać o tym, co czyta i może kiedyś czytał swoim dzieciom.

To jest wizja. Jestem świadoma, że nie do końca to wszystko jest w obszarze mojej kontroli, ale dzięki tej wizji wiem, co chcę robić, a czego postaram się unikać.

Drugi element, który warto przemyśleć, zanim zaczniemy uczyć dziecko czytać itp. to różne rzeczy, które wiemy o tym, jak czyta przeciętny dorosły obywatel, który skończył szkołę podstawową, gimnazjum, a czasem nawet studia. No więc przeciętny obywatel nie czyta. Nie ma książek. Nie umie przeczytać dłuższego tekstu ze zrozumieniem. A już zwłaszcza, kiedy to jest tekst popularnonaukowy, a nie lekka beletrystyka. Część przeciętnych obywateli wprawdzie czyta, ale tylko te książki, które musi czytać do pracy.

Wiele osób mówi, że nie lubi czytać. Że nie rozumieją po co. Nie widzą w tym sensu. Pewna grupa mówi, że wprawdzie widzą sens, ale nie mają czasu.

Jest też grupa ludzi, którzy nie czytają, bo sprawia im to dużą trudność. Może się to wydawać marginalnym kłopotem, ale w gimnazjum, w którym pracowałam było po kilkoro takich dzieci w każdej klasie.

Ponieważ lubię czytać i do tego jestem psychologiem, więc wysłuchałam już sporo historii na temat tego, dlaczego ludzie nie lubią lub nie umieją czytać.

Jednym krótkim zdaniem: nie jest dobrze.

Jako psycholog widziałam też wiele sytuacji, kiedy dorośli “uczyli” dziecko czytania i niestety uważam, że byłoby to bardzo zaskakujące, gdyby po takich doświadczeniach wyrósł z dziecka świadomy i dobrowolny czytelnik.

Teraz mogę już przejść do sedna mojego wpisu.

Dzieci uczą się czytać. Same. Większość dzieci, które znam, uczy się sama czytać spontanicznie, albo nauczyłyby się same czytać, gdyby dać im taką możliwość i czas. Żyjemy w świecie, gdzie ludzie są zanurzeni w słowie pisanym. Litery są wszędzie. Używamy ich do wszystkiego. Czytamy etykiety na produktach, nazwy przystanków, smsy, tytuły programów telewizyjnych, wskazówki w grach. Jest bardzo mało prawdopodobne, żeby dziecko, które żyje w takim świecie nie zainteresowało się czytaniem i pisaniem.

Dodatkowo te dzieci, które mają to szczęście, że zdążyły się nauczyć same czytać, zanim zabrali się za to dorośli, najczęściej czytają chętniej i lepiej niż te, którym się nie udało.

Dlaczego uważam, że dzieci, które uczą się czytać same mają lepiej? Bynajmniej nie dlatego, że dorośli to samo zło. Tylko dlatego, że dziecko po prostu lepiej wie, czego potrzebuje. I w większości sytuacji dokładna obserwacja dziecka może nam powiedzieć więcej, niż fachowa wiedza o różnych technikach nauczania.

Dzieci uczą się różnie i różne rzeczy im pomagają. Niektóre wolą czytać głośno, a inne cicho. Jedne, kiedy poznają litery, bardzo szybko zaczynają składać je w słowa, a potem czytać dłuższe teksty, a u innych te kolejne etapy są oddzielone długą przerwą. Jedne dzieci próbują od początku same odczytywać trudne teksty, a inne proszą, żeby im pomagać. Są dzieci, które najpierw uczą się liter a potem składają słowa i takie, które pytają o znaczenie całych słów, a potem odkrywają jak się nazywają poszczególne litery. Są też takie dzieci, które zaczynają czytać, kiedy znają niektóre litery, a potem stopniowo uczą się następnych, wtedy, kiedy napotykają je w tekście.

Stąd większość rzeczy, które robi się po to, żeby nauczyć dzieci czytać, może czasem być nieskuteczna, bo to, że coś działa z innymi dziećmi, nie znaczy, że zadziała z tym konkretnym.

Czasem rodzice zmuszają dziecko do czytania, bo mają chęć, żeby ono nauczyło się czytać, zanim pójdzie do szkoły. Chcą mu w ten sposób oszczędzić stresu i nie widzą, że w ten sposób stresują je dużo bardziej.

Co więc warto robić, kiedy jest się rodzicem, żeby mieć w domu czytelnika?

  • czytać dziecku, ważne jest, żeby dziecko wiedziało do czego ludziom służy czytanie
  • samemu czytać książki
  • dawać mu czas na praktyczne zabawy sensoryczne, które ćwiczą koncentrację
  • rozmawiać z dzieckiem, bo trudno jest czytać, kiedy ma się mały zasób słów
  • uzbroić się w cierpliwość (to mogłabym napisać tutaj ze trzy razy)
  • często pisanie poprzedza czytanie (pisanie rozumiane jako zapisywanie różnych rzeczy, a nie jako kaligrafia)
  • lepiej się czyta, kiedy się człowiek chce czegoś dowiedzieć – naprawdę ważne jest z czym się dziecko styka, czy ono naprawdę chce się czegoś dowiedzieć
  • dawać dziecku szansę na spędzanie dużo czasu na zewnątrz – bo oko musi ćwiczyć nie tylko widzenie z bliska, żeby sobie poradzić z czytaniem
  • dbać o prawidłowy rozwój mowy
  • dbać o zdrowe oczy
  • odpowiednia dawka ruchu pomaga rozwijać schemat ciała co jest ważne, kiedy dziecko ma odróżniać podobne do siebie litery
  • jeśli dziecko ma jakąś trudność – trzeba się nią zająć (to krótki punkt, ale bardzo ważny)
  • chronić dziecko przed różnymi presjami ze strony szkoły
  • zapewnić dziecku odpowiednią ilość odpoczynku

Czego nie warto robić?

Mówiąc ogólnie – nie warto dzieci zmuszać. Ani, żeby czytały. Ani, żeby uczyły się czytać w jakiś określony sposób. W ten sposób można, co najwyżej uzyskać to, że dziecko znienawidzi czytanie, albo zacznie mieć trudności, których bez zmuszania by nie miało.

Nawet jak szkoła wywiera presję, to nadal nie warto tej presji ulegać, bo pośpiech i przymus naprawdę nie są w interesie dziecka. Tak naprawdę nie są też w interesie szkoły (bo dzieci, które przeżywają silny stres przy czytaniu, potem czytają dużo słabiej i  w efekcie ciągle mają trudności w nauce). Tutaj szczególnie widać, że pośpiech jest wrogiem rozwoju.

Nie warto skupiać się na sprawdzaniu, kontrolowaniu, pilnowaniu poprawności. Kiedy dziecko słabo czyta może się często mylić. Ale jeśli czyta, bo chce się naprawdę czegoś dowiedzieć, to kiedy nie zrozumie, przeczyta jeszcze raz albo poprosi o pomoc.

Nie warto też robić różnych rzeczy, do których niestety rodzice są nakłaniani lub zachęcani przez szkołę. Na przykład poświęcać czasu przeznaczonego na odpoczynek na ćwiczenie czytania. To raczej spowoduje, że dziecko będzie zmęczone i zniechęcone szło do szkoły niż to, że zacznie lepiej czytać.

Zdecydowanie też nie jest dobrym pomysłem nauka czytanek, które “zadawane” są do domu, na pamięć, po to, żeby “przeczytać” je w szkole. To w ogóle nie jest czytanie. Często takie praktyki służą do tego, żeby dziecko udawało, że czyta, podczas gdy ono tylko odtwarza tekst z pamięci. Naprawdę można czas poświęcany na uczenie się czytanek na pamięć, wykorzystać na wiele sensowniejszych sposobów.

Dojrzałym sposobem czytania jest czytanie po cichu i raczej całościowe (nikt, kto dobrze i szybko czyta, nie literuje i nie sylabizuje). Dlatego nie warto zmuszać dzieci do cofania się. Kazać im czytać głośno, gdy chcą cicho, literować, gdy czytają całe wyrazy. (Nie chodzi mi tu o sytuację, kiedy dziecko przeczyta na głos raz na jakiś czas, tylko o taką, kiedy MUSI zawsze czytać głośno).

Warto też wiedzieć, że:

  • żeby dziecko czytało jego mózg musi być do tego gotowy. Jak nie jest możemy zamęczyć siebie i dziecko i nic z tego nie wyjdzie.
  • czytanie ma wiele etapów. To, że dziecko nie chce czytać książek nie jest jednoznaczne z tym, że nie przeczyta krótkiego tekstu lub polecenia, kiedy będzie taka konieczność.
  • dziecko do 12 roku życia może nie być w stanie przeczytać książki, która jest na jego poziomie intelektualnym.
  • mózg się nie uczy, kiedy jest w stresie. A raczej uczy się, ale nie tego, co trzeba. Uczy się co jest zagrożeniem i jak go unikać. Dlatego trudne doświadczenie z czytaniem (i w ogóle z jakąkolwiek nauką) może spowodować, że dziecku za każdym razem, kiedy musi czytać będzie się uruchamiać system reagowania na zagrożenie. A takie coś nie jest łatwo odczarować, więc naprawdę lepiej nie ryzykować.
  • to, że dziecko nie chce czytać na początku pierwszej klasy, nie musi mieć nic wspólnego z tym, jak zda jakiś test w trzeciej lub szóstej klasie. Osobiście uważam, że te testy to zło, bo sprawiają, że dziecko staje się pionkiem w statystyce i nagle ma się uczyć tak, żeby zdało jakiś test, za kilka lat a nie tak, żeby umiało.
  • mózg rozwija się skokowo. Zamiast mieć ciśnienie na to, czego dziecko nie umie, trzeba zająć się tym, czego w danym momencie może i chce się nauczyć.

Moje osobiste dziecko dopiero w wieku 10 lat przeczytało pierwszą książkę. Wcześniej głównie słuchało czytania. Teraz czyta dużo i sprawnie, różnych rzeczy.

Jeszcze to nie koniec, ale myślę, że będzie lubił czytanie jako dorosły i to głównie dzięki temu, że wytrzymałam, żeby nie mieć ciśnienia, że musi czytać już teraz, kiedy ja chcę i jak ja chcę (oraz jak chce szkoła).